Boża prawda ma nas ZBAWIAĆ, a nie ZABAWIAĆ (J 5,33-36)

Jezus powiedział do Żydów:

„Wysłaliście poselstwo do Jana i on dał świadectwo prawdzie. Ja nie zważam na świadectwo człowieka, ale mówię to, abyście byli zbawieni. On był lampą, co płonie i świeci, wy zaś chcieliście na krótki czas radować się jego światłem.

Ja mam świadectwo większe od Janowego. Są to dzieła, które Ojciec dał Mi do wykonania; dzieła, które czynię, świadczą o Mnie, że Ojciec Mnie posłał”. (J 5,33-36)

Jezus nazywa Jana lampą, „co płonie i świeci”. Może ktoś z was uzna, że się czepiam, ale grecki tekst tej ewangelii mówi coś innego: ἦν ὁ λύχνος ὁ καιόμενος καὶ φαίνων (en ho lychnos ho kaiomenos kai faionon), co dosłownie znaczy „on był lampą/lampką zapaloną i ukazującą się”. Dlaczego zwracam na to uwagę? Ponieważ autor czwartej Ewangelii mówiąc o Janie jako płonącej lampie, używa strony biernej urzeczownikowionego imiesłowu, a zatem chce nam uzmysłowić, że blask, który bił od niego i który tak wielu ludzi wyciągnął z domów na Pustynię Judzką, nie pochodził od niego samego i nie był jego osobistą zasługą. Jan Chrzciciel płonął, ponieważ został wcześniej zapalony. Możemy zapytać przez kogo? W Biblii bardzo często za podmiotem działającym w stronie biernej kryje się sam Bóg. Jest to tzw. passivum theologicum albo passivum divinum. Czytając słowo Boże pobieżnie, można nie zwrócić uwagi na ten szczegół, ale przecież my z każdym dniem coraz bardziej wchodzimy w świat Biblii, więc powinniśmy wyrabiać w sobie wrażliwość na takie detale, które niosą nam wiele światła.

Zastanówmy się dzisiaj, jakie treści niesie ze sobą obraz lampy, do której został porównany św. Jan Chrzciciel?

Po pierwsze, to, co już sobie powiedzieliśmy. Jan płonął, ponieważ został zapalony przez Boga. Żadna świeca czy lampa nie ma takiej zdolności, aby samą siebie zapalić. Potrzebna jest interwencja z zewnątrz. Potrzebna jest mała iskra, która obudzi płomień. Jezus kiedyś powiedział:

Wy jesteście światłem świata. (Mt 5,14a)

Od każdego z nas Jezus oczekuje, że będziemy rozświetlać ten świat. Ale nie będziemy umieli tego robić, jeśli sami najpierw nie będziemy przychodzić do źródła światła, czyli Boga. Każda chwila, krótsza i dłuższa, spędzona na modlitwie, medytacji słowa, trwaniu w ciszy przed Nim, a także każda Eucharystia i adoracja Najświętszego Sakramentu jest czasem rozpalania nas przez Boga. Jeśli spotykamy się z Nim często, w szczerości i świadomości naszej małości, to On będzie coraz bardziej rozpalał nasze serca, żebyśmy mogli Jego blaskiem świecić wśród ludzi. Tak wiele jest ciemności w nas i wokół nas, ale Boże światło może sobie z nią bez problemu poradzić. Ważne, aby regularnie przychodzić i nie pozwolić, aby płomień zgasł.

Po drugie, lampa czy świeca, która płonie, wypala się. Oddaje swój blask innym własnym kosztem. Jan mówił:

Potrzeba, by On wzrastał, a ja się umniejszał. (J 3,30)

Jan nigdy nie stawiał siebie na pierwszym miejscu. Zawsze pamiętał, jaka jest jego misja, a było nią wskazanie innym oczekiwanego Mesjasza, Baranka Bożego, który gładzi grzechy. Każdego dnia spalał się dla Boga, przygotowując drogę swojemu kuzynowi.

My także możemy spalać się na co dzień. Zapytasz gdzie i jak? Chociażby na modlitwie. Jeśli jest ona szczera i jest w niej czas nie tylko na mówienie, ale i słuchanie, to Bóg skutecznie zmniejsza ego. Ale możemy się spalać także przez nasze codzienne zajęcia. Spalanie oznacza bycie dla kogoś. Lampa wypala się, staje się coraz mniejsza, ale jednocześnie służy innym. Twoje sprzątanie, gotowanie, wyprowadzenie psa na spacer, pomoc dziecku w lekcjach, zrobienie babci zakupów, odwiedzenie chorego w szpitalu czy nawet zwykły szczery uśmiech może być takim spalaniem się dla innych i rozświetleniem ich dnia. Czasami trzeba naprawdę niewiele, żeby dać komuś wiele dobra.

Ale jest w tej Ewangelii także coś smutnego. Jezus mówi:

(…) wy zaś chcieliście na krótki czas radować się jego światłem.

Jak mamy rozumieć te słowa? Nasza ludzka natura jest skłonna do biegania za sensacjami i cudownościami. Lubimy, gdy coś poruszy nasze emocje i wprawi nas w osłupienie. Jak pisałem niedawno, Żydzi aż cztery wieki czekali na proroka, więc gdy pojawił się Jan, ta wieść szybko się rozniosła. Nikt z ówcześnie żyjących nie widział na własnego oczy proroka, dlatego myślę, że wielu szło do Jana tylko po to, żeby zaspokoić swoją ciekawość. Pewnie wysłuchali jego nauk, ale czy wszyscy wzięli je sobie do serca? Oczywiście, że nie. Dla wielu Jan był tylko chwilową sensacyjką. Być może nawet podobały im się jego słowa, ale gdy kazał wcielać je w życie, niejednemu mogło się to nie spodobać.

Nam może grozić podobne zachowanie. Będziemy słuchać wielu świetnych komentatorów słowa Bożego, udostępniać ich homilie, konferencje i wpisy na Facebooku. Będziemy szukać nowych, błyskotliwych interpretatorów Pisma Świętego, ale tylko po to, żeby zaspokoić swoją ciekawość albo żeby powiększyć wiedzę. Nie o to chodzi! Wiara ma sens tylko wtedy, gdy słowa zamieniają się w czyny, a nie pozostają pobożną teorią. Bóg mówi do nas codziennie, ale chce żebyśmy nie tylko Go słuchali, ale i usłyszeli. Żeby Jego słowo przemieniało nasze życie. Po to została dana nam Biblia. Boża prawda ma nas ZBAWIAĆ, a nie ZABAWIAĆ.

Konkret na dzisiaj:  pomyśl, czy w ostatnim czasie słowo Boże istotnie wpłynęło na zmianę Twojego myślenia i zachowania?

Niech Cię błogosławi Bóg Wszechmogący: Ojciec i Syn i Duch Święty +

 

Photo, Flickr, Common Creative: https://www.flickr.com/photos/tonyeyoung/

Podobne wpisy:

  • krystian

    Świeca mojego życia pali się już kolejny rok.Chciałbym by dawał dużo światła osobom które są obok mnie. Bo wiem że niewiele potrzeba by płomień zgasł…….

  • Genowefa

    W półmroku świec jest cisza, spokój i dobrze się myśli. Można czekać, aż Jego Słowo zamieszka wśród nas.