Czego powinniśmy się bać tak naprawdę? (Mt 10,26-33)

Jezus powiedział do swoich Apostołów: „Nie bójcie się ludzi. Nie ma bowiem nic zakrytego, co by nie miało być wyjawione, ani nic tajemnego, o czym by się nie miano dowiedzieć. Co mówię wam w ciemnościach, powtarzajcie jawnie, a co usłyszycie na ucho, rozgłaszajcie na dachach.
Nie bójcie się tych, którzy zabijają ciało, lecz duszy zabić nie mogą. Bójcie się raczej Tego, który duszę i ciało może za tracić w piekle. Czyż nie sprzedają dwóch wróbli za asa? A przecież żaden z nich bez woli Ojca waszego nie spadnie na ziemię. U was zaś nawet włosy na głowie wszystkie są policzone. Dlatego nie bójcie się: jesteście ważniejsi niż wiele wróbli.
Do każdego więc, który się przyzna do Mnie przed ludźmi, przyznam się i Ja przed moim Ojcem, który jest w niebie. Lecz kto się Mnie zaprze przed ludźmi, tego zaprę się i Ja przed moim Ojcem, który jest w niebie”. (Mt 10,26-33)

Zanim odniosę się do słowa Bożego, chciałbym żebyś przeczytał/a opowiadanie, które jakiś czas temu przypadkiem (czy aby na pewno był to przypadek, skoro dzisiaj go wykorzystuję?) znalazłem w internecie. Proszę przeczytaj je, choć może wydawać się nieco przydługie, ale zapewniam Cię, że warto.

„Na widok Marysi kot wstał, przeciągnął się, zrobił kilka kółek wokół własnej osi i położył się dokładnie w tej samej pozycji, w której leżał przed chwilą. Marysia podeszła do kota, pogłaskała go i powiedziała cicho:

– A czy ty kocie wierzysz w strach?

Kot zmrużył oczy i bardzo cicho odrzekł

– Czy wierzę? A w co tu wierzyć? Strach to strach.

Marysia odchrząknęła i niepewnie odezwała się:

– To koty mówią?

– Nie wiem, ja mówię. Z innymi kotami miauczę, nie mam potrzeby do nich mówić. Ale z Tobą chyba nie pomiauczę? Więc mówię.

– No tak, ja nie potrafię miauczeć – przyznała Marysia. – Ale obawiam się, że inne koty nie mówią. Więc Ty chyba jesteś jakiś… hmmm… inny.

– Możliwe. Ale czy to ma jakieś znaczenie?

– Właściwie to nie. I nawet cieszę się, że mówisz. Będę mogła z Tobą porozmawiać, gdy rodziców nie ma w domu. Bo z Tymkiem to nie można rozmawiać. On nic nie rozumie i ciągle się ze mną kłóci. Tak jak dziś. Mówi, że strach nie istnieje i nie może w nikim zamieszkać.

– Mrrrr… – odparł kot.

– Co mrrrr??? – zapytała Marysia.

– Mrrrr… po prostu mrrr. A co do tego strachu, to istnieje, owszem. Tylko trochę inaczej wygląda u ludzi, a inaczej u kotów. W kotach strach na pewno nie mieszka, zapewniam Cię.

– Nieee??? A w ludziach?

– Taaak, zdarza się że w ludziach mieszka.

– A dlaczego w kotach nie?

– Bo widzisz, żeby taki strach chciał w kimś zamieszkać, to musi mu tam być miło. Czy Ty chciałabyś mieszkać gdzieś, gdzie nie jest miło i przytulnie?

– Nieeee – odparła Marysia – I jeszcze bym nie chciała mieszkać gdzieś gdzie jest zimno.

– No właśnie – powiedział kot – Taki strach musi się gdzieś dobrze poczuć. Musi być tam miło, ciepło i dobrze. A koty nie mają takich warunków w sobie.

– Nieee??? Przecież koty to najmilsze zwierzęta! I takie cieplutkie i puszyste.

– Mooooże – wymruczał kot – ale dla strachów nie jesteśmy zbyt przyjaznymi stworzeniami. Bo my się boimy krótko. Gdy się coś dzieje – na przykład zajdzie nam drogę wielki pies, który szczerzy na nas kły – wtedy się boimy. Więc szybko uciekamy. I przestajemy się bać. Albo gdy ktoś nas przepędza miotłą – wtedy też się boimy. I to jak się boimy! Ale szybko uciekamy. I przestajemy się bać. A Wy ludzie… Wy ludzie to zupełnie inna sprawa. Wy się ciągle czegoś boicie. Nawet jak nie ma obok ani psa szczerzącego kły, ani nawet wściekłego właściciela straganu rybnego z miotłą. Wy sobie siedzicie w ciepłym fotelu, popijacie herbatę i się boicie. Gdybym był strachem sam chętnie rozsiadłbym się w fotelu obok i z Wami zamieszkał. U was jest tak miło i przytulnie. I zawsze jest miejsce na strach. I dla strachu zawsze znajdujecie czas. Mówicie o nim często i dbacie, by zawsze było się o co bać. Nawet, gdy jest cicho i przyjemnie. Kot w takim momencie śpi spokojnie, ewentualnie mruczy sobie pod nosem i nie ma czasu na strach. Po co więc strach miałby chcieć w kocie zamieszkać?

– Tak, to prawda. Mama często mówi, że obawia się co będzie jutro albo kiedyś, albo martwi się o nas. I jest przy tym taka miła. I troszczy się o wszystkich zawsze. Tak – na pewno jest wprost wymarzonym domem dla strachu”.

Coś w tym jest prawda? W dzisiejszej Ewangelii Jezus aż trzy razy mówi nam: „nie bójcie się”. Pomyśl, czego najbardziej się boisz i czy nie pielęgnujesz w sobie swoich lęków, czy ich ciągle nie podsycasz? O co można się bać? Lista jest bardzo długa: o zdrowie, pieniądze, powodzenie, wygląd, karierę, zaspokojenie pokładanych w Tobie oczekiwań, akceptację w grupie, o to jak ludzie Cię oceniają, znalezienie chłopaka/dziewczyny, wychowanie dzieci? Tę listę można by ciągnąć jeszcze bardzo długo, ale jedno jest pewne ‒ lękamy się o wiele rzeczy. Ale czy strach powinien gościć w życiu chrześcijanina? Czy chrześcijanin ma prawo powiedzieć: boję się? Oczywiście, że tak. Sam Jezus odczuwał trwogę, modląc się w Ogrójcu. Nie jesteśmy w stanie całkowicie wyeliminować strachu z naszego życia, ale z pewnością możemy go zredukować. Jak to zrobić? Spojrzeć na nasze lęki we właściwej perspektywie. Te sprawy, które wymieniłem wyżej, często spędzają nam sen z powiek i na pewno są dla nas ważne, ale dla człowieka wierzącego nie mogą być najistotniejsze i nie powinien ciągle żyć strachem, że się nie spełnią.

Celowo na tej liście zabrakło odniesień do Boga (ciekawe czy zwróciłeś/aś na to uwagę?), ponieważ według mnie uczeń Jezusa tak naprawdę powinien bać się tylko jednego – zmarnowania sobie życia wiecznego. Każdy inny strach powinien przegrywać walkę z tym lękiem, ale czy tak jest w naszym życiu? Śmiem twierdzić, że nie zawsze. Skąd takie przypuszczenie? Ze zwykłej obserwacji zachowania części osób przed świętami Bożego Narodzenia i Wielkiej Nocy. Wówczas ustawiają się nieraz bardzo długie kolejki i ust wielu osób można usłyszeć, że spowiadają się raczej rzadko, ale skoro idą święta, no to wypadałoby klęknąć przy konfesjonale. Z jednej strony cieszę się tym, że chcą przeżyć czas świąt w stanie łaski uświęcającej, ale z drugiej ciśnie mi się na usta pytanie: gdzie byłeś do tej pory? Czemu nie przyszedłeś wcześniej? Czy sumienie nie wyrzucało Ci niczego? Przecież księża nie zamykają konfesjonałów na kłódkę, żeby je otworzyć w Adwencie i Wielkim Poście. Zawsze można przyjść po miłosierdzie.

Choć wiele osób denerwuje się, gdy ksiądz zaczyna zadawać pytania w konfesjonale, to ja nieraz delikatnie dopytuję o powód odwlekania spowiedzi aż do tego momentu. Robię tak dlatego, że chciałbym pomóc. Ale wiele osób obrusza się w tym momencie i mówi mi, że to nie moja sprawa. Pomyśl, gdy idziesz do lekarza, to odpowiadasz na jego pytania i nie wściekasz się na niego, bo włazi Ci z butami w Twoją prywatność, prawda? Udzielasz tych informacji, bo wiesz, że jest to konieczne do postawienia dobrej diagnozy i zaleceniu najbardziej odpowiedniego dla Ciebie leczenia. Chcesz być zdrowy, więc szczerze mówisz – proste. Podobnie jest w konfesjonale. Ksiądz pyta, bo chce pomóc, a nie dlatego, że jest wścibski. Poza tym tą wiedzą z nikim nie może się podzielić – na tym polega tajemnica spowiedzi. Piszę o tym wszystkim, ponieważ to, w jaki sposób reagujemy na grzech śmiertelny, najlepiej pokazuje, czy naprawdę boimy się stracić życie wieczne i nie chcemy, aby serce Jezusa (czciliśmy je w piątek) cierpiało.

Jeśli zaraz po upadku nie szukam okazji do spowiedzi i zaczynam bagatelizować problem, to jest ze mną –  nie boję się tego napisać – tragicznie. Mówiąc wprost – grzech przestał ranić moje sumienie, nie czuję już żadnego wewnętrznego bólu, więc nie szukam lekarstwa i uważam, że jestem zdrowy. Kiedyś czytałem o tym, że ludzie ciężko chorzy na chwilę przed śmiercią nieraz zaczynają czuć się lepiej. Dzieje się tak dlatego, że układ nerwowy umiera i przestają czuć ból. Sądzą wtedy, że wracają do zdrowia, a tak naprawdę za chwilę wydadzą ostatnie tchnienie. Jeśli po grzechu dusza nas nie boli, nie mamy wyrzutów sumienia, to może być sygnał, że serce umiera! Każdy grzech jest tragedią, ale jeszcze większym dramatem jest trwanie w nim i wmawianie sobie, że nic mi nie jest i nie potrzebuję pomocy.

Chrześcijanin to człowiek, który boi się, że nie zamieszka w niebie i dlatego, gdy upadnie, jak najszybciej przychodzi, żeby prosić o miłosierdzie. Nie jest powodem do wstydu częste chodzenie do spowiedzi. Wstydem jest nie mieć wstydu i grzeszyć bez opamiętania z uśmiechem na ustach.

Konkret na dzisiaj: pomyśl, analizując swoje czyny, a nie teorie, które świetnie znasz, czy życie wieczne jest dla Ciebie wartością, o którą walczysz?

Niech Cię błogosławi Bóg Wszechmogący: Ojciec i Syn i Duch Święty +

Podobne wpisy:

  • Ula

    A co z tymi, którzy niczego się nie boją? Mnie przerażaja tacy ludzie…z jednym z nich żyję na co dzień.

    • Genowefa

      Święty Dominik płacząc modlił się: Panie a co będzie z grzesznikami?
      Wszyscy potrzebujemy Bożego Miłosierdzia.
      A zło ma ograniczony zakres działania.
      Przezwycięż lęk i zaryzykuj wyzwolenie.
      Wybierz, życzę Ci powodzenia.