Jak dogadać się z Bogiem? (Łk 11,1-4)

Gdy Jezus przebywał w jakimś miejscu na modlitwie i skończył ją, rzekł jeden z uczniów do Niego: „Panie, naucz nas się modlić, jak i Jan nauczył swoich uczniów”.

A On rzekł do nich: „Kiedy się modlicie, mówcie:

«Ojcze, święć się imię Twoje,

przyjdź królestwo Twoje.

Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj

i przebacz nam nasze grzechy, 

bo i my przebaczamy każdemu, kto nam zawini;

i nie dopuść, byśmy ulegli pokusie»”. (Łk 11,1-4)

Gdy spojrzymy na dzisiejszą Ewangelię w szerszym kontekście, to zobaczymy, że uczniowie niedawno wrócili z wyprawy misyjnej. Na pewno w czasie jej trwania spotkali różne osoby. Każda z nich była inna, każda miała odmienną wrażliwość i zwracała uwagę na inne rzeczy. Jedni przyjęli wysłanników Jezusa z otwartym rękami, ale zapewne byli i tacy, którzy jedynie wymownie wzruszyli ramionami słysząc to, co mieli im do powiedzenia.

We wczorajszej Ewangelii słyszeliśmy (bądź czytaliśmy) o Marcie i Marii. To dwie siostry, dla których Jezus był bardzo ważną osobą. I choć łączyło je wiele, to każda inaczej zareagowała, gdy w ich domu pojawił się Rabbi. Maria usiadła u Jego stóp, Marta natomiast postanowiła w jak najbardziej godny sposób podjąć niezwykłego gościa. Zarówno jedna jak druga na swój sposób przeżyła spotkanie z Mistrzem.

To wszystko dzieje się na oczach Apostołów. Będąc przy Jezusie, uczyli się także tego, jak podchodzić do różnych ludzi. Towarzysząc Rabbiemu, spotykali się z wieloma, nieraz skrajnymi reakcjami. Jedni wiwatowali i szeroko otwierali przed Nim drzwi swoich domów, inni nie mieli zamiaru wpuszczać Go w swoje granice, jeszcze inni wprost wyrażali swoją niechęć do Niego, a byli też i tacy, którym Jezus był kompletnie obojętny.

Dzisiaj jest podobnie. Imię Jezusa wywołuje przeróżnego rodzaju reakcje. Jego uczniowie muszą mieć tego świadomość. I powinni nauczyć się od swojego Mistrza, skąd czerpać siłę i mądrość, jak postępować.

W dzisiejszym Słowie jest na to recepta. Jak się okazuje najprostsza i najłatwiej dostępna z możliwych, czyli modlitwa. Pisałem już o tym kiedyś, że uczniowie wielokrotnie widzieli swojego Przyjaciela, gdy Ten modlił się. Widząc swojego Mistrza, Mentora i Nauczyciela na kolanach, zapragnęli rozmawiać z Ojcem tak jak On.

Czy ich prośba: „Naucz nas się modlić” oznacza, że do tej pory nie modlili się? Na pewno nie, ponieważ modlitwa była jednym z pierwszych i najważniejszych obowiązków Żydów. Od najmłodszych lat wpajało im się i nadal wpaja, jak ważny jest czas spędzany z Bogiem. Modlitwa nie była czymś obcym dla Apostołów, a mimo to proszą Go, żeby im pomógł. Dlaczego?

Zarówno Żydom jak i nam dzisiaj grozi pewien automatyzm modlitwy. Mianowicie, że będziemy do niej podchodzić bez zastanowienia. Apostołowie, widząc modlącego się Jezusa, zobaczyli człowieka, który rozmawiał z Ojcem. Nie tylko wypowiadał piękne słowa, zapewne zaczerpnięte z Biblii, ponieważ jest to stała praktyka u wyznawców Judaizmu, ale żył nimi, przeżywał je, wchodził w ich głąb. Widzieli zapewne także długie chwile milczenia, gdy Rabbi nic nie mówił, ale uważnie słuchał. Właśnie na tym ma polegać modlitwa, na świadomym spotkaniu z Bogiem.

Gdy rozmawiamy z kimś ważnym i mającym wpływ na nasze życie, to ważymy słowa, zastanawiamy się co i jak powiedzieć, skupiamy się, żeby nie palnąć czegoś głupiego. Jednym słowem, cali jesteśmy zaangażowani w tę sytuację. Czy tak wygląda nasza modlitwa? Czy czujemy, że w jej trakcie spotykamy się z Bogiem? Czy może jest ona – przepraszam za wyrażenie – bezmyślną paplaniną?

Bez uświadomienia sobie, czym jest modlitwa w swojej istocie, nie będziemy umieli się modlić. Będziemy wiecznie rozleniwieni i rozczarowani tym, że Bóg nie spełnia naszych próśb. On chce dawać nam naprawdę dużo, ale zauważ, że zanim w modlitwie „Ojcze Nasz” padną słowa prośby o chleb codzienny, najpierw Jezus pokazuje nam, żebyśmy skupili się na Ojcu. To jest sedno problemu nieskuteczności naszych „pacierzy”. Zamiast na wstępie stanąć przed Nim jak małe dziecko, to od razu „wyskakujemy” z listą żądań. Jezus w tej Ewangelii chce nam uświadomić, jak powinniśmy układać naszą modlitwę, aby przynosiła owoce, żeby nie była jedynie pobożną, czczą gadaniną, ale rozmową. Najpierw On i Jego wola, a potem moje sprawy. To nie Bóg ma się dostosować do mnie, ale ja do Niego. Jeśli jest na odwrót i niemal zawsze przychodzimy z gotowym planem, który On ma przystemplować i może jedynie lekko poprawić, to taka modlitwa nie przyniesie oczekiwanych rezultatów. Chory człowiek zdaje się na wiedzę i osąd lekarza, bo wie, że sam sobie nie poradzi z chorobą. Podobnie ma być z nami w relacji do Boga.

Jeśli będziemy modlić się w taki sposób, że Jego, a nie siebie postawimy w centrum, to szybko zobaczymy zmianę. Dlaczego? Ponieważ zaczynając od uwielbienia i skupienia na Bogu, pozwalamy na to, żeby On przemówił jako pierwszy, żeby uporządkował nasze myśli, emocje, pragnienia, oczekiwania. Gdy pozwolimy na to, wówczas jaśniej zobaczymy, o co powinniśmy się modlić i co jest istotne, a co należy „odpuścić”.

Konkret na dzisiaj: Na modlitwie skup się na Nim, na tym jaki On jest. Uwielbij Go za to, a dopiero potem przedstaw swoje prośby.

 

Photo, Flickr, Common Creative:https://www.flickr.com/photos/zz77/

Podobne wpisy: