I znowu wiatr w oczy (Mk 6,45-52)

Kiedy Jezus nasycił pięć tysięcy mężczyzn, zaraz przynaglił swych uczniów, żeby wsiedli do łodzi i wyprzedzili Go na drugi brzeg, do Betsaidy, zanim odprawi tłum. Gdy rozstał się z nimi, odszedł na górę, aby się modlić. Wieczór zapadł, łódź była na środku jeziora, a On sam jeden na lądzie. Widząc, jak się trudzili przy wiosłowaniu, bo wiatr był im przeciwny, około czwartej straży nocnej przyszedł do nich, krocząc po jeziorze, i chciał ich minąć. Oni zaś, gdy Go ujrzeli kroczącego po jeziorze, myśleli, że to zjawa, i zaczęli krzyczeć. Widzieli Go bowiem wszyscy i zatrwożyli się. Lecz On zaraz przemówił do nich: „Odwagi, Ja jestem, nie bójcie się”. I wszedł do nich do łodzi, a wiatr się uciszył. Oni tym bardziej byli zdumieni w duszy, że nie zrozumieli sprawy z chlebami, gdyż umysł ich był otępiały.

            To jest dobry pomysł na początek horroru. Jest noc. Księżyc w pełni. Po niezmąconej tafli jeziora sukcesywnie rozlewa się gęsta niczym wiejskie mleko mgła. Jej kłęby od brzegowych szuwar otulają roślinność, pełzną po starym, lekko spróchniałym, drewnianym pomoście i niczym wielka lawina pochłaniają wszystko w zasięgu wzroku. Wzrok tutaj i tak niewiele pomaga. Blask pełni księżyca, który do tej pory co najwyżej oświetlał same kontury tego, co pochłonęła w swoją gardziel mgła, zostaje stłamszony przez gęstą, ciężką  chmurę, która zwiastuje poranną ulewę. Jest „czwarta straż nocna”, to godzina kiedy najmocniej chce się spać, to pora między trzecią a szóstą nad ranem. Systematyczne, choć powolne w swojej częstotliwości dźwięki: „chlapchlapchlap”. Są jedynymi odgłosami, jakie roznoszą się po zamglonej tafli jeziora, sygnalizując, że łódź z dwunastoma zaspanymi mężczyznami, wśród których jeden ospale wiosłuje, powoli zbliża się na sam środek jeziora. 

            Wtem, wiatr. Mocny. Silny. Głośny. Wszyscy się budzą. Łódź zaczyna się miotać na lewo i prawo. Pierwsza fala uderza w prawą burtę. Za chwile druga fala. Przy trzeciej i czwartej ci którzy siedzą przy skraju łódki są już mokrzy. Pełna mobilizacja. Kto ma najwięcej sił łapie za wiosła. Inni zaczynają wylewać wodę, która z fal dostaje się do środka. Nikt już nie śpi. Jest panika. Płyną pod wiatr, nie da się rozstawić żagla. To i tak by nic nie dało. Silne podmuchy wiatru wieją w złym kierunku. Na domiar złego są sami. Fakt, to grupa dwunastu dorosłych mężczyzn, niektórzy z nich są rybakami, są przyzwyczajeni do zmiennej pogody na wodzie. Tym razem jest inaczej. Jest ich za dużo, łódź może nie wytrzymać. A ten który miał z nimi być, zostawił ich na pastwę losu. Mijają kolejne minuty, już prawie godzina. Ciągle mocują się z nierównym przeciwnikiem. Siły przyrody nie dają za wygraną, a oni są już wyczerpani. Energia jaką mieli jeszcze kilka godzin temu, po zjedzeniu cudownie rozmnożonych chlebów, totalnie znikła. Dadzą radę? W umysłach pojawiają się pierwsze myśli, że nie. Z każdym uderzeniem fali, z każdym silniejszym podmuchem wiatru, coraz głośniej krzyczy myśl: „to już koniec”, „poddaj się”, „nie masz siły”, „nie dasz rady”.  

            Dwunastu mężczyzn jest zdanych tylko na siebie. Nikt ich nie słyszy. Nikt ich nie widzi. Nikt im nie przyjdzie z pomocą. To ich … koniec!

            Absolutnie nie! W najmniej oczekiwany, w totalnie nie do pojęcia i zrozumienia sposób przychodzi Jezus. Przychodzi! Przychodzi po wodzie. Jak??? Mówi jedno zdanie [jak jego nie pamiętasz to popatrz z powrotem w tekst dzisiejszej ewangelii]. Wchodzi do łódki i wszystko wraca do normy. Już nie ma wiatru, zniknęły fale, nawet mgły nie ma. Jest tylko oświetlający łódź blask księżyca i Jego postać. Jak On to zrobił? Tak samo jak rozmnożył kilka godzin wcześniej chleby. Jest Bogiem. Objawił swoją moc. Jemu chwała na wieki. [Popatrz co dzisiaj na Eucharystii śpiewa w aklamacji przed Ewangelią organista].

            A teraz ty! Obudziłeś się. Nie wiem czy czytasz ten tekst przy porannej kawie, w przerwie między kolejnym projektem jaki wykonujesz w pracy, a może leżąc na kanapie i przeglądając Facebook’a. Nie wiem czym żyjesz, ale może też jesteś w tej łodzi, na środku jeziora, wiatr wieje prosto w twarz, nie masz siły się ruszyć, bo wszystko sprzeciwiło się wobec ciebie. Kolejne zadania, kolejne projekty, kolejne skrypty czy notatki do nauczenia stają się jak te fale, które uderzają bezpośrednio w ciebie i nie pozwalają iść do przodu. A na dodatek nie czujesz przy sobie Jego obecności. 

            W tej sytuacji stań teraz przed lustrem, popatrz na siebie. Wiesz co? Jesteś Jego najpiękniejszym dzieckiem! On cię kocha! On się tobą zachwyca! I w tych wszystkich twoich problemach, mówi ci jedno zdanie. To samo zdanie, które powiedział do dwunastu w łodzi. On to zdanie mówi dzisiaj do ciebie! Jak go nie pamiętasz to popatrz jeszcze raz do dzisiejszej ewangelii.   

Konkret na dziś: 

Uczniowie w łodzi zupełnie zapomnieli o cudzie rozmnożenia chleba. Gdy przyszło zagrożenie życia na środku jeziora już nikt z nich nie pamiętał tego cudu, w którym Boża moc Jezusa się objawiła. Refleksja przyszła dopiero kiedy Jezus uciszył wiatr na jeziorze. Wtedy uczniowie dostrzegli jak byli otępiali w swoim myśleniu. 

Przypomnij sobie to co Bóg zrobił w twoim życiu. To Jak pokazał ci, że On Jest. Nie rób wymówek w stylu, że u mnie Bóg niczego nie zrobił. Nie bądź otępiały jak apostoł w łodzi. Przypomnij sobie to wydarzenie! A potem się już nie bój 🙂

Ks. Adrian Borowski

Podobne wpisy: