Jezus nokautuje (z miłości)

Przedwczoraj Jezus przyszedł do Świątyni usiadł w niej i nauczał, a to było zarezerwowane tylko dla Boga. Zachowuje się jakby to był Jego dom (bo był), ale oni tego nie rozumieją. Więc faryzeuszów i uczonych w Piśmie coś skręcało w środku, gdy tak się zachowywał.

Wczoraj mówił o sobie, że jest światłością świata. Robi to w czasie święta Namiotów, które przypominało, że Bóg był z Izraelitami w czasie wędrówki z Egiptu do Kanaanu jako słup obłoku w dzień i słup ognia w nocy. Więc, gdy On mówi o sobie w ten sposób i robi to akurat w TEN DZIEŃ znowu niejako stawia się w miejscu Boga. W faryzeuszach i uczonych w Piśmie znowu musiało się coś zagotować.

Te wydarzenia na pewno ich denerwowały, ale to co powiedział dzisiaj to już była przesada.

„Jeżeli nie uwierzycie, że JA JESTEM, pomrzecie w grzechach swoich” (J 8,24b)

«Gdy wywyższycie Syna Człowieczego, wtedy poznacie, że JA JESTEM i że Ja nic od siebie nie czynię, ale że to mówię, czego Mnie Ojciec nauczył. (J8,28)

Serio? W tych słowach jest jakieś „przegięcie”? Co w tym takiego niezwykłego?

Jezus dwa razy mówi o sobie JA JESTEM (grec. Ego eimi) , czyli używa w odniesieniu do siebie świętego imienia Boga, które objawił On Mojżeszowi na górze Horeb:

„Mojżesz zaś rzekł Bogu: «Oto pójdę do Izraelitów i powiem im: Bóg ojców naszych posłał mię do was. Lecz gdy oni mnie zapytają, jakie jest Jego imię, to cóż im mam powiedzieć?»  Odpowiedział Bóg Mojżeszowi: «JESTEM, KTÓRY JESTEM». I dodał: «Tak powiesz synom Izraela: JESTEM posłał mnie do was». (Wj 3,13-14)

Od tamtego dnia Synowie Izraela nie wymawiają świętego imienia Boga z szacunku do Niego. Używają innych określeń jak: El-Shaddai – czyli Bóg Wszechmogący albo Adonai – mój Pan i wiele innych, ale nie wymawiają imienia objawionego na Horebie.

Każdy kto mówiłby o sobie: JA JESTEM dopuściłby się największego możliwego bluźnierstwa, bo uznałby się za Boga.

Myślę, że teraz rozumiesz, co Jezus zrobił. Skończyło się snucie domysłów. Może jeszcze niektórzy z przymrużeniem oka patrzyli na tego cieślę z Nazaretu i uważali, że niedługo mu przejdzie to „bycie jak Bóg”, że to jakiś wariat, ale wobec tego, co dzisiaj powiedział, nie można było przejść obojętnie.

Jednoznacznie uznał się za Boga. Dla wielu to musiał być szok, jak nokaut dla boksera. Cios po którym nie można się pozbierać.

Czego mnie uczy tak ta Ewangelia dzisiaj?

Bóg nieraz musi nam powiedzieć coś prosto z mostu, bez owijania w bawełnę. Dla faryzeuszów i w ogóle Żydów to był szok. Powiedzmy sobie jasno – potrzebny szok. Jezus wiedział, że jeśli ludzie nie uwierzą, że ON NAPRAWDĘ JEST BOGIEM umrą w swoich grzechach.

Więc tak naprawdę zrobił to dla ich dobra, chociaż ich to mocno zabolało, zbulwersowało, doprowadziło do wściekłości.  On walczył o każdego, którego spotkał.

I tak będzie ze mną i z Tobą. Nie łudźmy się. Czasami trzeba nami telepnąć żebyśmy zaczęli normalnie funkcjonować. Bóg musi nieraz użyć na nas „defibrylatora”, żeby przywrócić nas do życia. To nie jest przyjemne, ale konieczne.

On na różne sposoby walczy o nas. Nieraz jest bardzo łagodny, ale kiedy trzeba to umie też być stanowczy, ale wszystko robi z miłości. Po co? Żebyśmy w grzechach nie pomarli.

Jeśli przeżywasz teraz w swoim życiu jakąś formę wstrząsu, coś Cię  „rozkłada na łopatki”, to być może jest to najbardziej zażarta walka Boga o Ciebie i Twoje serce w Twoim życiu. Na pewno boli i jest ciężko, ale tak ma być…

Robi, to bo serce Mu pęka, gdy widzi, że możemy umrzeć w grzechach, czyli zginąć Mu na wieki.

Takie sytuacje uczą przede wszystkim zaufania.

Błogosławię Cię w Jego imię i proszę o umocnienie dla Ciebie +

Podobne wpisy: