Każda burza w końcu ustaje (J 6,16-21)

Po rozmnożeniu chlebów, o zmierzchu uczniowie Jezusa zeszli nad jezioro i wsiadłszy do łodzi, zaczęli się przeprawiać przez nie do Kafarnaum. Nastały już ciemności, a Jezus jeszcze do nich nie przyszedł; jezioro burzyło się od silnego wichru.

Gdy upłynęli około dwudziestu pięciu lub trzydziestu stadiów, ujrzeli Jezusa kroczącego po jeziorze i zbliżającego się do łodzi. I przestraszyli się. On zaś rzekł do nich: «To Ja jestem, nie bójcie się». Chcieli Go zabrać do łodzi, ale łódź znalazła się natychmiast przy brzegu, do którego zdążali. (J 6,16-21)

Właściwie burza na Jeziorze Galilejskim to nie jest nic niezwykłego. Należy powiedzieć, że dni bezwietrzne należą nad tym akwenem do rzadkości. Ale ta burza była inna. Nawet doświadczeni rybacy niemal stracili głowy!

Zacznijmy jednak od początku. Jezioro Galilejskie to największy akwen słodkiej wody w Palestynie. Jego tafla znajduje się na poziomie około 70 metrów poniżej średniego poziomu morza, a dookoła wznoszą się wzniesienia Galilei Górnej. o sprawia, że gdy słońce zachodzi, powietrze ochładza się i rozpędza wzdłuż zboczy, powodując bardzo silne wiatry. Te, w połączeniu z frontami atmosferycznymi mogły tworzyć bardzo silne burze praktycznie znikąd. Rybacy, którzy tam pracowali na co dzień, doskonale wiedzieli o takiej zmienności aury.

Uczniowie płyną do Kafarnaum, więc starają się dotrzeć do północno-wschodniego brzegu Jeziora Galilejskiego, a właśnie z tego kierunku wiały najmocniejsze wiatry, ponieważ niedaleko tego miejsca znajdowały się najwyższe szczyty górskie. Kiedy Apostołowie płyną w tę stronę, właściwie stoją w miejscu, a może nawet się cofają.

Nie dość że wieje silny wiatr, to jeszcze pojawiła się burza. Jedno nieszczęście goni kolejne. Żydzi (i w ogóle starożytni) generalnie bali się wody, ponieważ w ich przekonaniu była ona miejscem przebywania demonów, podobnie jak inne miejsce, w którym trudno dłużej przeżyć – pustynia. Dlatego wypływano w morze, gdy naprawdę istniała taka konieczność. Jednym z niewielu wprawionych w pływaniu i żeglowaniu ludów byli Fenicjanie. Natomiast każda burza na morzu oznaczała w tamtych czasach bardzo bliskie zagrożenie życia.

Czy pamiętasz, co w czasie burzy napotkanej w czasie rejsu do Tarszisz robili żeglujący w Księdze Jonasza?

„Ale Pan zesłał na morze gwałtowny wiatr, i powstała wielka burza na morzu, tak że okrętowi groziło rozbicie. Przerazili się więc żeglarze i każdy wołał do swego bóstwa; rzucili w morze ładunek, który był na okręcie, by uczynić go lżejszym. Jonasz zaś zszedł w głąb wnętrza okrętu, położył się i twardo zasnął. Przystąpił więc do niego dowódca żeglarzy i rzekł mu: «Dlaczego ty śpisz? Wstań, wołaj do Boga twego, może wspomni Bóg na nas i nie zginiemy».” (Jon 1,4-6)

Modlili się! A co robią uczniowie? Boją się… Nawet w obliczu ostatnich chwil na ziemi nie wołali do Boga, ale oddali się strachowi. Czy to nie jest też problem, który spada na nas, gdy dotykają nas strapienia, trudności i smutki?

Czy nie stawiam siebie samego wobec wszelkich przeciwności tego świata? Czy nie idę jak biedny rycerz w rozpadającej zbroi na ziejącego ogniem smoka? Burza ustaje i uczniowie dopływają do brzegu w momencie, gdy zapraszają Jezusa do swojej łodzi. Wiem, że zmagasz się z jakimś problemem, może swoją słabością, może niesprawiedliwością w swoim życiu. Ale pamiętaj, nie wyruszaj na walkę z wiatrakami.

Konkret na dziś: Po prostu zaproś Jezusa do swojej łodzi i Jemu oddaj ster. Trzeba tak niewiele.

Błogosławieństwo od ks. Krystiana i ks. Sławka: Niech cię błogosławi Bóg Wszechmogący, Ojciec i Syn i Duch Święty +

Podobne wpisy: