Za każdym razem coś nowego (J 3,16-21)

Jezus powiedział do Nikodema: „Tak Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne. Albowiem Bóg nie posłał swego Syna na świat po to, aby świat potępił, ale po to, by świat został przez Niego zbawiony. Kto wierzy w Niego, nie podlega potępieniu; a kto nie wierzy, już został potępiony, bo nie uwierzył w imię Jednorodzonego Syna Bożego. 
A sąd polega na tym, że światło przyszło na świat, lecz ludzie bardziej umiłowali ciemność aniżeli światło: bo złe były ich uczynki. Każdy bowiem, kto się dopuszcza nieprawości, nienawidzi światła i nie zbliża się do światła, aby nie potępiono jego uczynków. Kto spełnia wymagania prawdy, zbliża się do światła, aby się okazało, że jego uczynki są dokonane w Bogu”. (J 3, 16-21)

Myślę, że mamy pewien problem z Ewangeliami (nie z całym Pismem Świętym). Dlaczego? Ponieważ my już wszystko wiemy, a przynajmniej jesteśmy z nimi tak osłuchani, że prawie nic nie jest w stanie nas zaskoczyć. Weźmy na przykład przypowieść o synu marnotrawnym (Łk 15,11-32). Przecież jest to opowieść pełna dramaturgii, w której aż roi się od nagłych zwrotów akcji i nieoczekiwanych sytuacji, a całość kończy się otwartym pytaniem: czy starszy syn wszedł do domu czy może został na zewnątrz? Osoba, która słuchałby jej po raz pierwszy, czekałby z otwartymi ustami, w jaki sposób się zakończy. A my? Wszystko wiemy. Był sobie ojciec, który miał dwóch synów. Jeden z nich poprosił o część majątku, która na niego przypadała. Dostał ją. Roztrwonił ją itd. Wszystko wiemy. Nic nie jest w stanie nas zaskoczyć. A powinno.

Jeśli w czasie naszych spotkań z Biblią skupimy się tylko na samym tekście, to szybko poczujemy znużenie, bo Pismo Święte (chodzi mi o teksty oryginalne, czyli hebrajski, grecki i w kilku fragmentach aramejski) od wieków wygląda tak samo. Pojawiają się nowe tłumaczenia na języki narodowe, jak chociażby polski, ale jej sens pozostaje niezmienny. Bóg nie dosyła nam update’ów Swojego słowa z nowymi, bardziej emocjonującymi opowiadaniami, żebyśmy tylko nie czuli się znużeni w czasie lektury. Mamy słowo, które jest natchnione oraz święte i mamy też dwie możliwości podejścia do niego. Pierwsza to kierowanie się sercem i wiarą. Wówczas za każdym razem Bóg znajdzie sposób, aby zwrócić naszą uwagę na coś nowego i przemówić do nas w sposób dający życie. Druga to spotkanie czysto intelektualne, zwracające uwagę tylko na same litery, zdania i konstrukcje, ale nie zastanawiające się, co kryje się pod ich zasłoną i co Bóg chce mi przekazać.

Czemu o tym wszystkim piszę? Ponieważ Nikodem, który spotyka się z Jezusem w nocy, miał teologię judaizmu w małym paluszku, a jego intelekt działał od lat według tych samych zasad. Słowa, które padały w jego stronę z ust Rabbiego, musiały wprawiać go w wielkie zdumienie, a może nawet i gorszyły pobożnego faryzeusza? Ich rozmowę można porównać do terapii wstrząsowej, a tym, który owego szoku doznał, był członek Sanhedrynu. Nie patrzmy na niego jak na kogoś gotowego po tym jednym spotkaniu radykalnie zmienić dotychczasowe życie i pójść za Nazarejczykiem. Podejrzewam, że niemal każde kolejne zdanie, które padało z ust Jezusa szokowało go i stawiało pod wielkim znakiem zapytania to wszystko, co do tej pory uznawał za pewnik. Oto jakiś cieśla z Nazaretu mówi mu wprost, że jest zapowiadanym Synem Bożym. Co on musiał wtedy czuć? Co działo się w jego sercu i głowie? Nie umiem sobie nawet tego wyobrazić. Jako faryzeusz miał on wielką wiedzę i znał proroctwa Starego Testamentu. Aż tu nagle słyszy, że ten, który siedzi naprzeciw Niego jest wypełnieniem tychże zapowiedzi. Jego świat musiał w tym momencie zachwiać się mocno w posadach, a może nawet i runął.

Do jakich refleksji prowokuje mnie dzisiejsze słowo?

Na pewno – mój drogi czytelniku – masz w głowie jakiś obraz Boga, podobnie jak Nikodem. I tak jak faryzeuszem, tak i Tobą i mną Bóg czasami musi wstrząsnąć, żebyśmy zaczęli inaczej patrzeć na Niego. Nikodem miał wiele wątpliwości w czasie tej rozmowy, którymi podzielił się z Jezusem. Ale na pewno one nie zniknęły w chwili, gdy każdy poszedł w swoją stronę. Faryzeusz musiał skonfrontować to, co do tej pory wiedział i w co wierzył z tym, co niedawno usłyszał.

Według mnie wielkość Nikodema polega na tym, że nie uciekł przed tymi trudnymi sprawami. Nie powiedział od razu, na początku konwersacji, że Jezus jest wariatem, który coś sobie ubzdurał, ale pozwolił, żeby słowo Rabbiego przeniknęło go. Tak jakby pozwolił, żeby Jezus zapalił w jego sercu malutki płomyk, który z czasem zaczął coraz bardziej płonąć, aż w końcu doprowadził go pełnego olśnienia i wiary, że Ten, którego spotkał w nocy był, jest i zawsze będzie Mesjaszem.

Oświecenie nie przyszło od razu, bo nie powinno przyjść. Gdy człowiek długo siedzi w ciemnościach, to gwałtowne spojrzenie na słońce sprawiłoby, że straciłby wzrok w skutek szoku jakiego doznałyby oczy. Bóg wyprowadza nas z ciemności i prowadzi w stronę światła, ale robi to stopniowo, żebyśmy nie oślepli.  Tamtej nocy Nikodem wyruszył w drogę do światła, ale nie była to łatwa droga, ponieważ musiał zostawić stare myślenie.

Nie bój się zmiany myślenia do której zaprasza Cię Bóg, bo zmiana myślenia po grecku nazywa się μετάνοια (metanoia). Nie bój się także swoich ciemnych stron. Demon uwielbiający mrok straszy nas raz po raz, ale tak naprawdę to on sam jest nieustannie przerażony, ponieważ wie, że nie ma najmniejszych szans w konfrontacji z Bogiem.

Konkret na dzisiaj: Pomyśl o tych miejscach w swoim sercu, w których panuje mrok, a Ty boisz się tam zaglądać i poproś Jezusa, aby wszedł tam ze swoim światłem.

Niech Cię błogosławi Bóg Wszechmogący: Ojciec i Syn i Duch Święty +

 

Podobne wpisy: