Liczy się dzisiaj (Łk 12,54-59)

Jezus mówił do tłumów: „Gdy ujrzycie chmurę podnoszącą się na zachodzie, zaraz mówicie: «Deszcz idzie». I tak bywa. A gdy wiatr wieje z południa, powiadacie: «Będzie upał». I bywa. Obłudnicy, umiecie rozpoznawać wygląd ziemi i nieba, a jakże obecnego czasu nie rozpoznajecie? I dlaczego sami z siebie nie rozróżniacie tego, co jest słuszne?

Gdy idziesz do urzędu ze swym przeciwnikiem, staraj się w drodze dojść z nim do zgody, by cię nie pociągnął do sędziego; a sędzia przekazałby cię dozorcy, dozorca zaś wtrąciłby cię do więzienia.

Powiadam ci, nie wyjdziesz stamtąd, póki nie oddasz ostatniego pieniążka”. (Łk 12,54-59)

Pomyśl jak reagujesz, gdy ktoś nazwie Cię hipokrytą, obłudnikiem? Czy umiesz bez emocji przyjąć, że ma o Tobie takie zdanie? Nie wiem, jak to wygląda u Ciebie, ale bardzo często moim pierwszym odruchem jest obrona, wyparcie, a czasami kontratak, ponieważ takie słowa niewątpliwie bolą, bo ktoś uważa mnie za kłamcę, oszusta, osobę dwulicową.

A co, jeśli Bóg mówi o nas, że jesteśmy hipokrytami? Słowo „obłudnicy”, które pada dzisiaj z ust Jezusa, po grecku brzmi  ὑποκριταί (hypokritai). Zostało ono użyte w wołaczu, więc św. Łukasz chciał nam pokazać, z jaką ekspresją wypowiedział je Rabbi. Dlaczego posunął się aż tak daleko? Czy nie można było łagodniej, delikatniej, bardziej dyplomatycznie, poprawnie politycznie? Widocznie nie. Jak już wielokrotnie pisałem, czasami jedynym sposobem, aby przebić się do naszego serca są ostre, trudne, bezkompromisowe słowa, które wyrywają z poczucia komfortu, samozadowolenia i nie pozostają obojętne.

Być może pamiętasz, że przez ostatnie niedziele rozważaliśmy fragmenty, w których Jezus opowiadał przypowieści, w których pokazywał fałszywą postawę faryzeuszów i uczonych w Prawie. Z pewnością słowa, które mówił do przywódców Izraela, odbiły się szerokim echem w okolicy i stały się przedmiotem rozmów. Sądzę, że ludzie żyjący dwa tysiące lat temu byli bardzo podobni do nas i zachowywali się podobnie jak my. Przypuszczam, że wśród komentujących słowa Nauczyciela, które skierował w stronę elit, znaleźli się także tacy, którzy z nieukrywaną satysfakcją stwierdzili: „w końcu ktoś się za nich wziął!”, „dobrze, że im wygarnął”, „należało im się”, „ale ich załatwił”.

Bardzo łatwo poczuć się lepiej, gdy widzimy, że ktoś inny (a nie ja) jest krytykowany.

Ale w dzisiejszej Ewangelii jest pewien ważny szczegół, który każe nam spojrzeć trochę inaczej na ten fragment. Czy zwróciłeś/aś uwagę, że Jezus nazywa hipokrytami tłumy, a nie tylko żydowskich przywódców? Już nie tylko faryzeusze i uczeni w Prawie znaleźli się na cenzurowanym, ale także Izrael jako naród. Ale zanim one padły, pochwalił zebranych wokół Niego za to, że na podstawie kilku sygnałów dawanych przez przyrodę potrafią celnie przewidzieć nadchodzącą zmianę pogody. Można powiedzieć, że mieli tę umiejętność opanowaną do perfekcji. Dlaczego? Odpowiedź jest bardzo prosta: bo od tego zależało ich życie. Wielu mieszkańców Palestyny trudniło się rolnictwem, więc znajomość zmienności pogody i zabezpieczenie zbiorów przed upałem, który sygnalizował wiatr z południa, albo ulewą, którą zapowiadało pojawienie się chmur nad Morzem Śródziemnym, było sprawą fundamentalną dla codziennej egzystencji. Dobra umiejętność przewidywania zjawisk atmosferycznych, które mogą się pojawić w ciągu najbliższych godzin, decydowała także o losie rybaków.

Skoro w tych kwestiach byli tak biegli, dlaczego zatem nie potrafili tego przełożyć tej umiejętności na inne sfery życia, a przede wszystkim na życie duchowe? Będąc tak bacznymi obserwatorami przyrody, wyczulonymi na najmniejsze anomalie, jednocześnie nie umieli zauważyć, że na ich oczach spełniają się zapowiedzi Starego Testamentu. To jest główny powód, dla którego Jezus nazywa ich hipokrytami. Gdyby życie wewnętrzne było dla nich równie istotne jak zadbanie o plony czy połów ryb, wówczas bez problemu zrozumieliby, że Ten, który przed nimi stoi, jest oczekiwanym Mesjaszem.

A jak jest z nami dzisiaj? Jak to słowo ma się do naszej codzienności? Kilka dni temu w wiadomościach usłyszałem, że niedługo, tzn. w ciągu kilkudziesięciu najbliższych lat, człowiek wyląduje na Marsie. I nie będzie to tylko wycieczka na Czerwoną Planetę. Celem, który przyświeca naukowcom, jest kolonizacja. Kolejne sondy badają jej powierzchnię analizując, czy możliwe będzie na niej życie. Uważnie badamy kosmos. Coraz więcej o nim wiemy. Ludzkość pokonuje kolejne granice. Czy to źle? Oczywiście, że nie. Trzeba się z tego cieszyć, bo po to został nam dany mózg, żebyśmy z niego korzystali. Ale… czy przypadkiem nie idziemy tą samą drogą, co słuchacze Jezusa z dzisiejszej Ewangelii?

Tak wiele potrafimy, łamiemy kolejne bariery, które jeszcze kilka czy kilkadziesiąt lat temu wydawały się przeszkodami nie do pokonania. Tyle pracy wkładamy w to, żeby zrozumieć mechanizmy kierujące światem i kosmosem. Ale czy z równie wielkim zaangażowaniem pracujemy nad naszym wnętrzem? Czy umiemy rozpoznać Boże znaki w naszym życiu? Czy umiemy przewidzieć konsekwencje naszych czynów dla zbawienia?

Wracając do obrazu kolonizacji Marsa, można powiedzieć, że troszczymy się o los przyszłych pokoleń, ale czy pamiętamy o przyszłości naszej duszy?

To, co mówi dzisiaj Jezus, nazywając swoich słuchaczy hipokrytami, niewątpliwie nie było dla nich przyjemne. Ale słowo Boże jest żywe i „dzieje się” teraz, więc ten zarzut naszego Zbawiciela powinniśmy też odnieść do siebie. Dlaczego? Ponieważ w każdym z nas siedzi obłudnik, który bardzo zręcznie potrafi zmieniać maski w zależności od okoliczności. Oczywiście możemy obrazić się na Boga za to, że śmiał tak nas nazwać, że nie jest dla nas miły, że nie zawsze pogłaszcze po głowie, ale byłoby to – moim zdaniem – dziecinne zachowanie. Możemy także –  i byłoby to podejście osoby dojrzałej –  uderzyć się w piersi i zobaczyć, że On walczy o nas demaskując naszą hipokryzję. Dbajmy o to co zewnętrzne, ale nie zapominajmy o wnętrzu. Choć jesteśmy słabi i upadamy, to Jezus ciągle przypomina nam o tym, co ważne, a w zasadzie najważniejsze. To, że dzisiaj okazało się, że jestem hipokrytą, nie jest największą tragedią, jaka może mnie spotkać. Póki żyję na tym świecie mam czas, żeby to zmienić, tzn. nawrócić się. Prawdziwym dramatem będzie, gdy w dniu Sądu Ostatecznego usłyszę od Niego: „nie znam Cię”, bo nie chcieliśmy podjąć trudu pracy nad sobą. Nie pozwólmy na to. Liczy się dzisiaj.

Konkret na dzisiaj: pomyślę o sytuacjach z ostatnich dni, w których nie byłem szczery, prawdomówny. Co mną kierowało? Co na tym zyskałem, a co straciłem?

Niech Cię błogosławi Bóg Wszechmogący: Ojciec, Syn i Duch Święty +

Podobne wpisy: