Czasami najtrudniej znaleźć zrozumienie u najbliższych (Mk 3,20-21)

Jezus przyszedł do domu, a tłum znów się zbierał, tak że nawet posilić się nie mogli. Gdy to posłyszeli Jego bliscy, wybrali się, żeby Go powstrzymać. Mówiono bowiem: „Odszedł od zmysłów”. (Mk 3,20-21)

Tak, to jest cały tekst dzisiejszej Ewangelii. W sumie to nie dziwię się twórcom lekcjonarza, że podzielili dzieło św. Marka na takie maleńkie perykopy. Przecież musi ich wystarczyć na cały rok liturgiczny, a mieli do dyspozycji tylko szesnaście rozdziałów. Ale skupmy się już na tekście, bo warto przyjrzeć mu się uważnie w szerszym kontekście tego, co rozważamy razem od kilku dni.  Odpowiedzmy sobie na pytanie: dlaczego najbliżsi posądzili Jezusa o utratę zmysłów?

Jak wiesz, Jezus przez trzydzieści lat prowadził tzw. życie ukryte w Nazarecie. Czym się tam zajmował? Sama Biblia niemal w ogóle nie zdradza tej tajemnicy, ale jeśli chwilkę pomyślimy, to dojdziemy do wniosku, że najprawdopodobniej wykonywał zawód, którego nauczył go św. Józef, czyli zajmował się ciesielką. Jak każda rodzina, także ta Święta, musiała z czegoś żyć. Pieniądze nie kapały im z nieba i musieli troszczyć się o najbardziej podstawowe rzeczy potrzebne do codziennego życia. Rzecz jasna, osobą odpowiedzialną za to był najpierw Józef, a po jego śmierci Jezus. Miejsce izraelskiej kobiety było w domu i tam służyła innym, jak teściowa Piotra o której pisałem w zeszłym tygodniu. To mężczyzna pracował w pocie czoła. Myślę, że Jezus miał już wyrobioną markę solidnego fachowca (tak mówią apokryfy) i był w stanie utrzymać siebie i Maryję. Ale wydarzyło się coś nieoczekiwanego. Z dnia na dzień zostawił interes i zmienił stateczne i raczej pewne życie nazaretańskie na rzecz stania się wędrownym kaznodzieją, a taki ktoś żył z tego, co mu ludzie dali i nie miał własnego domu.

Kto z nas odważyłby się na taki krok? Raczej dążymy do tego, żeby ustabilizować naszą sytuację, mieć dobrze płatną pracę, która da pewność, że nam i naszym bliskim niczego nie zabraknie. Decyzja Jezusa musiała być szokująca dla wielu osób, a na pewno dla rodziny.

Ale to nie koniec. Sądzę, że właśnie najbliżsi posądzili Go o stratę zmysłów z jeszcze jednego powodu. Kilka dni temu rozważaliśmy fragment, w którym była mowa o uzdrowieniu człowieka z uschniętą ręką. Pamiętasz, czym kończy się tamta perykopa? Faryzeusze i zwolennicy Heroda odbywają naradę i zaczynają szukać sposobu, jak zgładzić Jezusa. Popatrz na to wydarzenie tylko ludzkimi kategoriami. Jakiś prosty rzemieślnik z Nazaretu rzuca wyzwanie ówczesnym władzom Izraela. Przecież nikt rozsądny tak nie postępuje! Na co On liczył? Że sam będzie w stanie przeciwstawić się im?! Jego misja od samego początku – tak pewnie myśleli bliscy – była „rzucaniem się z motyką na słońce”. Dlatego mówią, że odszedł od zmysłów, że oszalał.

Czego uczy nas to słowo? Niestety wniosek jest smutny, ale trafny. Wielokrotnie człowiek wierzący największy opór spotka… we własnym domu. „Po co latasz do tego kościoła? Za naukę się weź, a nie jakieś wspólnoty ci w głowie! Marnujesz tylko czas, to i tak nic nie zmienia. Ja nie chodzę do kościoła i żyję. Raz w tygodniu nie wystarczy? Nie bądź świętszy od papieża! Biegasz tam tak często, a w ogóle się nie zmieniasz na lepsze. Klęczy pod figurą, a diabła ma za skórą! Przyznaj się, chodzisz tylko dla księdza etc.”.

Słowa, które napisałem, niestety nie są moim wymysłem, ale słyszałem je z ust ludzi, z którymi rozmawiałem. Ale wiem też z osobistego doświadczenia, że jeśli wiara wyśmiewanego człowieka jest szczera i autentyczna, to Bóg – dzięki niemu – może zmienić nastawienie najbliższych i przyprowadzić ich do siebie. Mahatma Ghandi powiedział kiedyś: Najpierw cię ignorują. Potem śmieją się z ciebie. Później z tobą walczą. Później wygrywasz. Twoja wiara i wierność Bogu mogą zdziałać cuda i ci, którzy teraz się z Ciebie śmieją – co na pewno jest bardzo bolesne – kiedyś mogą przyjść i podziękować Ci, bo pokazałeś, że warto żyć z Bogiem. Wiem, że przyznawanie się do Niego we współczesnym świecie, zwłaszcza dla młodych, bywa trudne, ale chciałbym Cię w tym miejscu prosić, żebyś nie dał sobie zabrać radości wiary, żebyś nie dał sobie wmówić, że człowiek wierzący to życiowa fajtłapa, która chowa się za Bogiem, jak małe dziecko za spódnicą mamy. Nie pozwól, żeby słowa ludzi stały się ważniejsze od słów Boga.

Ale nie chcę tylko prosić, ale także podziękować za małe rzeczy, które mówią, że On jest dla Ciebie ważny. Dziękuję za różaniec na palcu, dziękuję za medalik czy krzyżyk na szyi, dziękuję za przeżeganie się przed posiłkiem, za wstąpienie do kościoła na chwilę modlitwy, za świadectwo postu w piątki, za publiczne przyznanie się do codziennej modlitwy i czytania słowa Bożego, za regularną spowiedź, a także za poświęcanie czasu innym w imię miłości bliźniego. Dziękuję za każde przebaczenie, za każde wyciągnięcie ręki na zgodę, za każde krzepiące słowo dla kogoś, kto czuł się załamany, za bycie z kimś w trudnej chwili, gdy fałszywi przyjaciele opuścili. Dziękuję za każdą, nawet najmniejszą próbę walki o lepszą wersję samego siebie.

Jezus wiedział, co ludzie o Nim mówią, ale wiedział, że nie ich opinia jest najważniejsza, ale  misja, którą przyszedł wypełnić. Gdyby słuchał tylko ludzi, to do końca życia siedziałby w Nazarecie i robił stołki. Ale na szczęście słuchał bardziej Boga niż ich i dlatego dokonało się dzieło odkupienia i zbawienia. Jego konsekwencja w czynieniu dobra zmieniła świat. Twoja też może.

Konkret na dzisiaj: pomyśl, w jaki sposób możesz dawać świadectwo o swojej wierze na co dzień i wciel to w życie.

Niech Cię błogosławi Bóg Wszechmogący: Ojciec i Syn i Duch Święty +

Podobne wpisy:

  • Genowefa

    W szkole średniej uważaliśmy Jezusa za pierwszego, prawdziwego i największego „komunistę” na świecie.

    • krystian

      Pamiętam te czasy.Też tak miałem.
      Tylko komuniści walczyli o system polityczny a przekreślali pojedyńczego człowieka.
      Jezus zaś robi odwrotnie.Walczy o każdego człowieka a system Go nie interesuje.

      • Genowefa

        Tak, to były niedojrzałe próby wyrażania zachwytu na początku drogi poznawania i rozeznawania.