Niełatwa ta Ewangelia (Łk 21,20-28)

„Jezus powiedział do swoich uczniów: „Skoro ujrzycie Jerozolimę otoczoną przez wojska, wtedy wiedzcie, że jej spustoszenie jest bliskie. Wtedy ci, którzy będą w Judei, niech uciekają w góry; ci, którzy są w mieście, niech z niego uchodzą, a ci po wsiach, niech do niego nie wchodzą. Będzie to bowiem czas pomsty, aby się spełniło wszystko, co jest napisane. Biada brzemiennym i karmiącym w owe dni. Będzie bowiem wielki ucisk na ziemi i gniew na ten naród: jedni polegną od miecza, a drugich zapędzą w niewolę między wszystkie narody. A Jerozolima będzie deptana przez pogan, aż czasy pogan przeminą. Będą znaki na słońcu, księżycu i gwiazdach, a na ziemi trwoga narodów bezradnych wobec szumu morza i jego nawałnicy. Ludzie mdleć będą ze strachu w oczekiwaniu wydarzeń zagrażających ziemi. Albowiem moce niebios zostaną wstrząśnięte. Wtedy ujrzą Syna Człowieczego, nadchodzącego w obłoku z wielką mocą i chwałą. A gdy się to dziać zacznie, nabierzcie ducha i podnieście głowy, ponieważ zbliża się wasze odkupienie”. Łk 21, 20-28

Dziwna to Ewangelia i niełatwa do interpretacji, ponieważ w jednej wypowiedzi Jezusa są nawiązania do dwóch różnych momentów historii. Z jednej strony Chrystus zapowiada wydarzenia związane ze zburzeniem Jerozolimy, które miało miejsce w 70 roku, z drugiej zaś nawiązuje do końca świata, gdy „Syn Człowieczy nadejdzie w obłoku z wielką mocą i chwałą”. Z związku z tym, że Pan Bóg poukładał swoje Pismo Święte w bardzo celowy sposób, zamiast głowić się nad zawiłościami redakcyjnymi dziś rozważanego fragmentu, spróbujmy odnaleźć  jakieś przesłanie do naszego życia wynikające z faktu, że Jezus mówi zarówno o wydarzeniach nieodległych jak i o tych związanych z Paruzją.

Najpierw dwie historie. Był początek września 2018 roku. Tomaszów Lubelski rozświetlało i ogrzewało bardzo przyjemne, letnie słońce. Wspomnienie wakacji było tak żywe, że niełatwo przychodziło zorientowanie się, że już nastąpiła inauguracja szkolnej nauki. Do miasta przyjechało około 10 nastoletnich harcerek, w celu opracowania w trakcie weekendu planu działania Drużyny na najbliższe 12 miesięcy. Z powodu znajomości z autorem niniejszego tekstu nie mogło zabraknąć wspólnego wyjścia w celach gastronomiczno-żywieniowych. W czasie drogi do lodziarni jedna z dziewczyn, niejaka Zuzanna G. niespodziewanie, spontanicznie, z wielkim entuzjazmem i emocjami zakrzyknęła: „OOOO!!! Księęężę!!! Wszystkiego najlepszego z racji księdza… OSTATNICH URODZIN!!!”. Niezorientowani mogliby błędnie przypuszczać, że Zuzanna nawiązywała do nieodległych urodzin autora niniejszych słów. Ale znajome harcerski i niżej podpisany nie dali się zwieść. Jasnym stało się, że Zuza po prostu zapowiedziała, że są to ostatnie urodziny księdza Łukasza i następnych już nie dożyje. Desperackie próby Zuzy bronienia się przed taką interpretacją jej słów i tłumaczenia, że co innego miała na myśli nic nie dały. Przesłanie owego niezapomnianego spotkania dla wszystkich było bardzo jasne: ksiądz Łukasz nie dożyje następnych urodzin.

Oczywiście cała ta sytuacja była utrzymana przez nas w humorystycznym nastroju i nikt tak naprawdę nie przypisuje Zuzie zdolności przepowiadania przyszłości. Można też oczywiście powiedzieć, że z tematów związanych ze śmiercią nie wolno żartować, ale poza tym, że tę historię opowiadam dość często (kilka dni temu swoim Rodzicom) jest także skutek uboczny: mimo wszystko wybrzmiewa myśl, że przecież nie mam żadnej pewności, że 30 urodziny nie były moimi ostatnimi. A wzięcie sobie tej prawdy do serca powinno być już całkowicie na poważnie.

I druga historia, jeszcze z czasów seminarium. W pewnym momencie naszej formacji, za sprawą Rafała S., jednym z najczęściej używanych wyrażeń było łacińskie: „hic et nunc”, co się tłumaczy jako „tu i teraz”. Aż do przesady podkreślaliśmy, że najważniejsze jest życie chwilą obecną. I mimo, że tego stwierdzenia używaliśmy zazwyczaj w jakichś luźnych sytuacjach i w żartobliwy sposób, to doskonale zdawaliśmy sobie sprawę, że kryje się w tym ogromna mądrość.

Przesłanie tych dwóch historii może wydać się banalne: z jednej strony pamiętać o śmierci, a z drugiej żyć chwilą obecną. Doskonale znamy średniowieczne „memento mori”, albo „te myśli”: „chwytaj dzień!” i  „żyj chwilą”. Pytanie tylko czy ma to faktyczne przełożenie na nasze życie.

Ze swojego doświadczenia niestety mogę powiedzieć, że życie „tu i teraz” nie przychodzi tak łatwo. Będąc w konkretnym miejscu, pośród konkretnych ludzi często „wybiegam myślą” do innych sytuacji (planów, zajęć do wykonania, czekających jeszcze obowiązków) i w konsekwencji nie jestem w 100% ani w chwili obecnej, ani w przyszłości. Nie ma mnie tak całkowicie „tu i teraz”. Oczywiście planowanie jest niezbędne, ale często przybiera ono formę „traktowania po macoszemu” tej konkretnej chwili, którą teraz przeżywam. A przecież – używając określenia św. Jana Pawła II – właśnie to konkretne miejsce i ci konkretni ludzie są mi „dani i zadani”. Właśnie TO konkretne wydarzenie jest dla mnie „czasem zbawienia” (innego w danym momencie nie ma) w którym mam żyć wiarą i miłością i w ten sposób przygotowywać się na ostateczne przyjście Pana Jezusa. A co zrobić, żeby nie uciekać z chwili obecnej w planowanie i przejmowanie się? Śp. Ks. Jan Kaczkowski miał mądrą radę: „Każdego dnia miej czas na przejmowanie się przez godzinę, ale nie więcej. Potem żyj pełnią życia”.

KONKRET NA DZIŚ: Spędzę jedną godzinę na modlitwie, podczas której razem z Bogiem będę planować i przejmować się, a resztę dnia przeżyję w radości ze 100% zaangażowaniem w każdą chwilę.

 

ks. Łukasz Malec

 

Podobne wpisy: