Prawdziwi przyjaciele to ci, którzy bezinteresownie pragną dobra swoich przyjaciół. (Arystoteles)

 

Gdy Jezus po pewnym czasie wrócił do Kafarnaum, posłyszeli, że jest w domu. Zebrało się tyle ludzi, że nawet przed drzwiami nie było miejsca, a On głosił im naukę. 

Wtem przyszli do Niego z paralitykiem, którego niosło czterech. Nie mogąc z powodu tłumu przynieść go do Niego, odkryli dach nad miejscem, gdzie Jezus się znajdował, i przez otwór spuścili łoże, na którym leżał paralityk. Jezus widząc ich wiarę rzekł do paralityka: „Synu, odpuszczają ci się twoje grzechy”. 

A siedziało tam kilku uczonych w Piśmie, którzy myśleli w duszy: „Czemu On tak mówi? On bluźni. Któż może odpuszczać grzechy, jeśli nie Bóg sam jeden?” 

Jezus poznał zaraz w swym duchu, że tak myślą, i rzekł do nich: „Czemu nurtują te myśli w waszych sercach? Cóż jest łatwiej powiedzieć do paralityka: «Odpuszczają ci się twoje grzechy», czy też powiedzieć: «Wstań, weź swoje łoże i chodź»? Otóż żebyście wiedzieli, iż Syn Człowieczy ma na ziemi władzę odpuszczania grzechów rzekł do paralityka: „Mówię ci: «Wstań, weź swoje łoże i idź do domu»”.

On wstał, wziął zaraz swoje łoże i wyszedł na oczach wszystkich. Zdumieli się wszyscy i wielbili Boga mówiąc: „Jeszcze nie widzieliśmy czegoś podobnego”. (Mk 2,1-12)

Ludzie w czasach Jezusa byli – tak mi się wydaje – bardziej otwarci na siebie. Skąd takie twierdzenie? Rankiem, gdy gospodarz otwierał drzwi do domu, to nie znaczyło, że tylko odsuwa jakiś rygiel albo zasuwę, ale dosłownie otwiera dom. Każdy, kto tylko chciał, mógł wejść do środka. Oczywiście, zdarzały się sytuacje, że ktoś zamykał się w czterech ścianach, gdy szukał odosobnienia, ale był to raczej wyjątek od powszechnie przyjętej reguły. Najprawdopodobniej dom, o którym czytamy, nie posiadał sieni, a drzwi prowadziły bezpośrednio na ulicę. Skoro więc do Kafarnaum przychodzi Jezus, który w bardzo krótkim czasie dokonał spektakularnych cudów, nie może nas dziwić, że dom pękał w szwach. Ludzka ciekawość, to potężna siła i sprawia, że jesteśmy w stanie dać z siebie naprawdę wiele, żeby tylko ją zaspokoić.

Ale twierdzenie, że wszyscy obecni przyszli do tego domu wiedzeni przez ciekawość, byłoby wielkim nietaktem wobec nich. Na pierwszy plan wysuwa się czterech anonimowych ludzi, którzy chcą przynieść swojego przyjaciela jak najbliżej Jezusa. Przecież nie tak dawno dokonał cudów uzdrowienia teściowej Piotra i trędowatego, więc warto było spróbować. Widząc ciżbę cisnącą się wokół Nauczyciela, nie rezygnują. Zaczynają kombinować, co mogliby zrobić, żeby Rabbi dowiedział się o ich sparaliżowanym koledze. I wpadają na pomysł, że jak nie drzwiami, to… dachem. W tym miejscu powiedzmy sobie, że dachy palestyńskich domów nie przypominają naszych. Nie są spadziste, ale płaskie i prowadzą na nie schody, umieszczone na zewnątrz domu.  Dach był – i ciągle jest – dla mieszkańców tamtych terenów częstym miejscem odpoczynku. Kolejną ważną rzeczą, którą powinniśmy wiedzieć, jest to, że dachy nie były zrobione z jakichś bardzo trwałych i ciężko demontowalnych materiałów. Zazwyczaj rozkładano obok siebie płaskie belki, w odległości około metra, a przestrzeń między nimi wypełniano gałęziami, w które wprasowywano glinę, więc palestyńskie dachy składały się w większości z ziemi; dlatego też bardzo często pokrywała je… trawa. Rozmontowanie takiej konstrukcji nie było aż tak trudne, a całą pewnością powinniśmy wyrzucić z głowy obraz sypiącego się na głowy zebranych grubego tynku, czy dachówek. Taki wyłom można było w miarę szybko naprawić.

Ktoś może w tym miejscu zarzucić mi, że deprecjonuję pracę czterech towarzyszy sparaliżowanego. Bynajmniej. Doceniam ich wysiłek i wiarę, tak jak to zrobił Jezus. Ilekroć czytam tę Ewangelię, to przypominam sobie, jak ważna jest wspólnota, w której żyjemy. Jak ważne jest to, żebym miał wokół siebie ludzi, którzy będą w stanie zanieść mnie do Jezusa, kiedy ja sam nie będę mógł tego zrobić. Może inni musieli zanieść chorego do Mistrza, bo on sam już nie mógł znieść siebie? Gdyby nie wiara czterech kompanów, to ten biedny człowiek ciągle musiałby spędzać dnie przykuty do łóżka.

To, kim się otaczamy, bezpośrednio wpływa na nasze życie, myślenie, wartościowanie, poglądy, a co za tym idzie –  podejmowane decyzje. Jeśli obracam się wśród tych, dla których Bóg i wiara są ważne, to mogę liczyć na ich pomoc w trudnym czasie. Natomiast jeśli wybieram – bo to zawsze ja decyduję – towarzystwo, w którym liczy się tylko dobra zabawa, a stawianie sobie wymagań jest passé, to bardzo dużo ryzykuję. I nie piszę tego jako teoretyk, bo niejednokrotnie miałem okazję rozmawiać z ludźmi, którzy przychodzili rozgoryczeni, ponieważ w trudnej chwili zostali zupełnie sami. Nie twierdzę, że ci, którzy nie wierzą w Boga nie są zdolni do empatii. Są, bo w każdym człowieku jest dobro, ale wiem z własnego doświadczenia, że człowiek znacznie łatwiej odnajdzie pocieszenie i wsparcie wśród ludzi, którzy słysząc o czyimś problemie, najpierw myślą o modlitwie i dzięki niej chcą do tej sytuacji zaprosić Boga. Oczywiście i wśród wierzących zdarzają się przypadki odtrącenia i niezrozumienia. Mówimy o ludziach, a nie aniołach. To, na co zwraca naszą uwagę dzisiejsza Ewangelia, to fakt, że biedny (wydaje się niewierzący) człowiek, odzyskał zdrowie, dlatego, że wierzyli inni.

Jeśli czujesz się dzisiaj słaby, poturbowany przez życie. Jeśli leżysz na łopatkach i nie masz sił albo ochoty, żeby się ruszyć. Jeśli wiara stała się dla Ciebie pustosłowiem, a Bóg wydaje się być nieobecny, to… poproś innych, żeby się za Ciebie pomodlili. I niech to nie będzie jednorazowe „Zdrowaś” ale wytrwała, może nawet i stała modlitwa, przez kolejne dni. Wierzę, że ona ma wielką moc, dlatego piszę Ci o tym. Jeśli jej potrzebujesz, zawsze możesz napisać do mnie. Na pewno nie odmówię.

Wspierajmy się nawzajem. Nie bądźmy ze sobą i dla siebie tylko wtedy, gdy jest miło i fajnie, ale także gdy jest ciężko i komuś z nas brakuje sił. Jeśli ja nie daję rady, to ktoś może mnie wesprzeć i podprowadzić do Jezusa.

Konkret na dzisiaj: pomyśl o tych ludziach, na których możesz liczyć. Jeśli zechcesz, podziękuj im za to i sam staraj się być dla kogoś niezawodnym wsparciem.

Niech Cię błogosławi Bóg Wszechmogący: Ojciec i Syn i Duch Święty +

 

 

Podobne wpisy:

  • Genowefa

    Kiedy przywieźli mnie dopiero co po operacji, słaba i zupełnie do niczego w mroku pokoju zobaczyłam ksiądza, kapłana. Byłam zaskoczona niespodzianką. Pomyślałam, że to przyprowadził go Duch Św.
    Szczęśliwa spokojnie zasnęłam wiedząc jakie mam wsparcie. Zostawił mi, podarował moc uzdrowienia. Niezapomniane chwile, które rodzą wdzięczność i powodują bliskość ludzi i Boga.
    Wtedy bardzo naturalna staje się pamięć w modlitwie. Albo jak we wspólnocie gdzie jedna osoba modli się za drugą. Czuje się że łączy nas mocna więź.

    • krystian

      Pani Genowefo, życzę dużo zdrowia.

      • Genowefa

        Wzajemnie, szczególnie tą zimową porą.

  • krystian

    Uff…
    Nareszcie ten fragment ewangeli.
    Nareszcie Jezus robi to co wszyscy lubimy, czyli show.
    Całą tą dzisiejszą sytuację można by spokojnie przedstawć w jednym z odcinków „Mam Talent”.Do tego te nosze zjeżdzające z góry na linach.Naprawdę robi wrażenie.

    Uzdrowienie teściowej Piotra, po cichu.Uzdrowienie trędowatego też nie specjalnie spektakularne.Jezus zamiast wziąść trędowatego na środek miasta i tam zrobić uzdrowienie robi to na miejscu i jeszcze musi wiać na pustynie.

    Jezus umie się znaleźć w każdej sytuacji.Umie robić wrażenie,umie pomóc po cichu, tak jak teściowej Piotra.Umie pomóc trędowatemu i odejść na pustkowie.
    Jezus jest uniwersalny.
    Umie się znaleźć w każdej sytuacji.
    Uczmy się od Niego.

    • Genowefa

      Trudno nadążyć za Nim.

  • Agnieszka Janczura

    Dziękuję!