„Rany zadane przez przyjaciela lepsze są bowiem niż pocałunki wroga, a surowa miłość więcej jest warta od oszukańczej pobłażliwości” (Mt 18,15-20)

Autorem słów z nagłówka jest św. Augustyn

Jezus powiedział do swoich uczniów:
„Gdy twój brat zgrzeszy przeciw tobie, idź i upomnij go w cztery oczy. Jeśli cię usłucha, pozyskasz swego brata. Jeśli zaś nie usłucha, weź ze sobą jeszcze jednego albo dwóch, żeby na słowie dwóch albo trzech świadków opierała się cała sprawa. Jeśli i tych nie usłucha, donieś Kościołowi. A jeśli nawet Kościoła nie usłucha, niech ci będzie jak poganin i celnik.
Zaprawdę powiadam wam: Wszystko, co zwiążecie na ziemi, będzie związane w niebie, a co rozwiążecie na ziemi, będzie roz­wiązane w niebie.
Dalej zaprawdę powiadam wam: Jeśli dwaj z was na ziemi zgodnie o coś prosić będą, to wszystkiego użyczy im mój Ojciec, który jest w niebie. Bo gdzie są dwaj albo trzej zebrani w imię moje, tam jestem pośród nich”. (Mt 18,15-20)

Bez wątpienia dzisiejszy fragment Ewangelii należy do tych najtrudniejszych, zarówno w interpretacji, jak i we wcielaniu go w życie.

Jezus mówi, że na mnie i na Ciebie spada obowiązek upomnienia braterskiego, „gdy twój brat zgrzeszy przeciw tobie”. Na chwilę zatrzymajmy się na tym zdaniem. Do analizy posłużymy się oryginalnym tekst zapisanym przez św. Mateusza, ponieważ język polski nie jest w stanie oddać pewnych rzeczy jasnych dla greki. Nasze zdanie w oryginale brzmi: Ἐὰν δὲ ἁμαρτήσῃ [εἰς σὲ] ὁ ἀδελφός σου (Ean de hamartese [eis se] ho adelfos sou), co dosłownie powinniśmy przetłumaczyć: „Jeśli zaś zgrzeszyłby przeciw tobie brat twój”. Lewi, pisząc o bracie, ma na myśli konkretną, dobrze znaną odbiorcy osobę, członka tej samej wspólnoty, a nie jakiegoś abstrakcyjnego człowieka, reprezentującego szerszą grupę. Skąd mamy tę pewność? Ponieważ przed rzeczownikiem „brat” po grecku ἀδελφός (adelfos) pojawia się tzw. rodzajnik określony ὁ (ho). Właśnie dlatego napisałem, że język polski nie jest czasami w stanie oddać tego, co w grece widać na pierwszy rzut oka.

Dlaczego jest to tak ważny szczegół? Ponieważ chyba każdy z nas, katechizowanych, uczestniczących we Mszy Świętej, może należących do grupy bądź wspólnoty, zapytany, czy powinno się kochać wszystkich ludzi, odpowie twierdząco. Ale taka odpowiedź jest łatwa do udzielenia i bez problemu przechodzi nam przez gardło, bo jeśli mowa jest o wszystkich, to tak naprawdę nie wiadomo, o kogo konkretnie chodzi. Natomiast gdyby zadać nam pytanie: czy kochasz trudnego kolegę lub przełożonego w pracy, sąsiada, który non stop rzuca Ci kłody pod nogi, rozmiłowaną w plotkowaniu panią, która opowiada na Twój temat niestworzone historie, sprawa się komplikuje. W takiej sytuacji nie ma mowy o ogóle, o wszystkich, o każdym, ale staje przed nami bardzo konkretny człowiek, od którego mogliśmy doznać wiele krzywd. Czy wówczas potrafimy szybko odpowiedzieć: tak, kocham go? Właśnie taką sytuację daje nam Bóg dzisiaj pod rozwagę. Kochać kogoś, kto jest daleko, to żaden problem. Prawdziwe schody i sprawdzian naszej wiaryrozpoczyna się, gdy mamy kochać i upominać tych, których mamy obok siebie.

W jaki sposób mamy ich upominać? Jezus podaje nam bardzo konkretne wskazania. Najpierw powinniśmy spotkać się z tym człowiekiem w cztery oczy i od razu wyznać mu naszą krzywdę. Nie ma nic gorszego, jak pozostawienie zranienia tylko dla siebie, ponieważ ono będzie zapuszczało w naszym sercu coraz głębsze korzenie. Im dłużej zwlekamy z wypowiedzeniem na głos naszych zranień, tym trudniej będzie sobie z nimi poradzić w późniejszym czasie. Bardzo często już samo wyartykułowanie doznanych krzywd jest uwalniające, ponieważ pozwala „wyrzucić” je z siebie.

Jeśli spotkanie sam na sam, skrzywdzony z krzywdzicielem, nie przyniesie rezultatów, wówczas Jezus radzi, aby jeszcze raz udać się do tej osoby, ale tym razem zabierając ze sobą jedną bądź dwie osoby. Taki sposób postępowania był znany Żydom od wieków. W Pwt 19,15 czytamy: Nie przyjmie się zeznania jednego świadka przeciwko nikomu, w żadnym przestępstwie i w żadnej zbrodni. Lecz każda popełniona zbrodnia musi być potwierdzona zeznaniem dwu lub trzech świadków”.Ale musimy mieć świadomość, że zabranie ze sobą innych, nie ma na celu potwierdzenia naszej wersji wydarzeń. Ich rola polega przede wszystkim na obiektywnym ocenieniu całej sytuacji. Jeśli są to ludzie rozsądni i mądrzy, pełni Bożego światła, wówczas dokonają dobrego rozeznania. Jednak tutaj „czyha” pewne niebezpieczeństwo dla tego, który włącza ich w trudną sytuację, ponieważ mogą dojść do wniosku, że akcenty w sporze rozłożone są odwrotnie. To skrzywdzony (według swojej oceny) jest tym, który zadał ból, a domniemany krzywdziciel cierpi. Ale jest to jedynie pewna z możliwości. Nie mówię, że najbardziej prawdopodobna.

Co jeśli nawet po słowie kilku świadków nastawienienaszego brata nie ulega zmianie? Jezus nakazuje „donieść Kościołowi”, ponieważ tylko taka wspólnota jest w stanie właściwie oceniać spory, w której obecny jest Duch Chrystusa. Wszelkie instancje bazujące jedynie na tym, czego uczy ten świat i co według niego jest sprawiedliwością, a co krzywdą, mogą dokonywać niewłaściwych ocen. Sąd nad błądzącym człowiekiem powinien odbywać się w atmosferze modlitwy i troski, a nie publicznego linczu. Jeśli grzesznik widzi, że jest akceptowany, a potępia się jego grzech, a nie jego samego, wówczas łatwiej będzie mu wejść na drogę przyznania się do win i nawrócenia. Bez miłości nie mamy prawa przychodzić do drugiego, ponieważ wyrządzimy mu krzywdę.

Czy na tym koniec? Czy jeśli nawet głos Kościoła nie wystarczy, mamy odwrócić się od takiej osoby? Taka jest zapewne pierwsza reakcja na słowa Jezusa „A jeśli nawet Kościoła nie usłucha, niech ci będzie jak poganin i celnik”. Sam przez wiele lat tak do nich podchodziłem, ale moje myślenie zaczęło się zmieniać, gdy pomyślałem, w jaki sposób nasz Zbawiciel traktował „pogan i celników”. Przecież On ciągle o nich walczył! Do dwóch celników: Mateusza i Zacheusza poszedł w gościnę. Nie unikał też ziem zamieszkanych przez pogan, żeby wspomnieć tu chociażby Samarytankę czy opętanego z kraju Gerazeńczyków.

Nawet wielokrotne odtrącenie naszego braterskiego upomnienia, nie zwalnia nas z obowiązku walki o tego konkretnego, znanego nam człowieka, aż do upadłego. Tak postępował Jezus i tak mają postępować Jego uczniowie.

Dlatego na wstępie napisałem, że dzisiejszy fragment jest trudny do wcielenia w życie, ponieważ ciągle walczyć o kogoś, kto krzywdzi, jest niezwykle trudne i nie da się tego zrobić bez osobistej więzi z Jezusem, bez mieszkania w Jego słowie i bez zanurzenia w sakramenty Kościoła.

Konkret na dzisiaj: pomyśl o bliskiej Ci osobie, która skrzywdziła Cię, a Ty w pewnym momencie stałeś się obojętny wobec niej. Kolejną walkę o naprawienie relacji rozpocznij od żarliwej modlitwy.

Niech Cię błogosławi Bóg Wszechmogący: Ojciec i Syn i Duch Święty +

 

 

Podobne wpisy:

  • Genowefa

    „Surowa miłość więcej jest warta od oszukańczej pobłażliwości”.
    Abym mogła sobie to uświadomić trzeba było najpierw „być jak poganin i celnik”.

    Inna od reszty – przez inne życie, po ludzku prawie że przyzwoite i dobre lecz na krótko dało mi ono spokój,
    Po przeżytych wcześniej niepokojach – stabilizacja.
    Wraz z upływem czasu, kiedy zrozumiałam, że nie mam szans na samodzielne załatwienie oczywistej sprawy
    zaczął mi dokuczać coraz bardziej ból niemożliwości. Obrzydło mi takie życie.
    Widziałam jasno jaki wpływ na teraźniejszość miały moje wcześniejsze decyzje, one sprzyjały rozwojowi zła.

    Rozpaczliwie szukałam wyjścia, pomocy Pana Jezusa.
    Bo przecież On był cały czas obok mnie, chociaż sama Go odsunęłam.

    Gdy zobaczył moje gorące pragnienie, przyszedł z pomocą.
    To coś podobnego jak w sakramencie spowiedzi, Jezus będzie moim Panem,
    ale wtedy kiedy porządnie skruszę się i żałuję mocno. Jakby mnie rozjechał dla mojego dobra.
    Cały czas walczy o mnie, nadaje kierunek, oświetla moją drogę i prowadzi kiedy mam mniej sił.

  • Genowefa

    Dodam, że Jego panowanie bardzo mi służy.