Śmierć zwarła się z życiem… (Mt 10,17-22)

Jezus powiedział do swoich Apostołów:

„Miejcie się na baczności przed ludźmi. Będą was wydawać sądom i w swych synagogach będą was biczować. Nawet przed namiestników i królów będą was wodzić z mego powodu, na świadectwo im i poganom. Kiedy was wydadzą, nie martwcie się o to, jak ani co macie mówić. W owej bowiem godzinie będzie wam poddane, co macie mówić.

Gdyż nie wy będziecie mówili, lecz Duch Ojca waszego będzie mówił przez was. Brat wyda brata na śmierć i ojciec syna; dzieci powstaną przeciw rodzicom i o śmierć ich przyprawią. Będziecie w nienawiści u wszystkich z powodu mego imienia. Lecz kto wytrwa do końca, ten będzie zbawiony’. (Mt 10,17-22)

Jest to naprawdę ciekawe, że dzień po uroczystości Bożego Narodzenia upamiętniamy pierwszego męczennika chrześcijańskiego. Bezpośrednio po wspomnieniu narodzin, wspominamy śmierć. Czy nie można było w jakiś trochę bardziej stonowany sposób połączyć świąt? Czy nie byłoby sensowniej przenieść dzisiejszego święta, na przykład, na luty, żeby móc skupić się bardziej na radości Świąt?

Kiedy na drugim roku studiów teologicznych uczestniczyłem w zajęciach z etyki, mieliśmy jako studenci do wyboru kilka lektur obowiązkowych do w celu uzyskania zaliczenia z tego przedmiotu. Jako jeden z niewielu wybrałem książkę „Mord w katedrze” T.S. Eliota. Polecam przeczytać cały ten dramat, naprawdę w bardzo ciekawy sposób przedstawione jest wszystko, co działo się w arcybiskupie, który odważnie sprzeciwiał się królowi, a także to, jak żołnierze podnoszący ręce na namaszczonego człowieka, w dodatku arcybiskupa, tłumaczyli sobie to, czego się dopuścili.

Cała historia męczeństwa arcybiskupa Tomasza Becketta bardzo mnie zainteresowała, ale najbardziej w tej sztuce uderzyła mnie jedna część, kazanie arcybiskupa z Mszy porannej w Boże Narodzenie. Poczułem się trochę przygnieciony tym, że jako student teologii dowiedziałem się od anglikańskiego poety, dlaczego już od dawnych wieków w ten sposób dobrano kolejność świąt. Przytoczę fragment tej homilii we własnym tłumaczeniu:

„Pomyślcie też o rzeczy, której pewnie nigdy nie rozważaliście. Nie tylko świętujemy Boże Narodzenie, ale także jego śmierć: bo przecież już jutro będziemy wspominać męczeństwo jego pierwszego świadka, Szczepana. Czy to przypadek, sądzicie, że święto pierwszego męczennika jest obchodzone bezpośrednio po dniu narodzenia Chrystusa? W żadnym wypadku. Tak samo jak radujemy się i opłakujemy Chrystusa w Jego narodzeniu i śmierci, tak też – choć w mniejszym stopniu, cieszymy się i opłakujemy śmierć Jego świadków. Opłakujemy z powodu grzechów świata, który doprowadził ich do męczeństwa; cieszymy się, bo kolejna dusza dołączyła do grona świętych w niebie, dla chwały Boga i zbawienia ludzi.

Kochani, nie myślcie, że męczennik to tylko dobry chrześcijanin, który został zabity, ponieważ był chrześcijaninem; to byłby powód tylko do płaczu. Nie myślimy o nim też tylko jako dobrym chrześcijaninie, który został wyniesiony do chwały nieba; to byłby powód tylko do radości. Ale ani nasz płacz ani nasza radość nie przypomina tego, co świat nazywa radością ani płaczem. Chrześcijańskie męczeństwo nigdy nie jest przypadkiem, tak jak świętym nie staje się przez przypadek. Jeszcze mniej męczeństwo jest skutkiem ludzkiej woli, żeby zostać świętym, bo ze swej woli i starań człowiek może co najwyżej zostać władcą ludzkim. Męczeństwo jest zawsze planem Bożym ze względu na Jego miłość do ludzi, chęć do ostrzeżenia ich, prowadzenia ich oraz sprowadzenia ich na właściwe drogi. Nigdy nie jest to plan człowieka, bo prawdziwym męczennikiem jest ten, kto staje się narzędziem Bożym, które oddaje swoją wolę na korzyść woli Bożej i już nie pragnie dla siebie niczego więcej, nawet chwały męczeństwa. Więc w ten sposób jak na ziemi Kościół opłakuje i raduje się w jednej chwili w sposób, którego świat nie zrozumie, tak w niebie święci, którzy nas przewyższają chwałą w swoim uniżeniu, są nie tacy, jak nam się zdaje. Ich byt określa bowiem połączenie z Bogiem, którego światło prowadziło ich ku świętości.”

Czy chcę być świętym? Czy może chcę bliskości Boga, a co powiedzą ludzie – łącznie z Kościołem – jest dla mnie całkowicie obojętne? Czy planuję świętość, czy oddaję swoje życie Bogu i pozwalam się prowadzić?

Konkret na dziś: będę odmawiał akt strzelisty „Panie, prowadź ducha mego!”

Błogosławieństwo od ks. Krystiana: Niech cię błogosławi Bóg Wszechmogący, Ojciec, i Syn i Duch Święty +

Podobne wpisy: