To się nie mieści w głowie… (J 8,51-59)

Jezus powiedział do Żydów: „Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam: Jeśli kto zachowa moją naukę, nie zazna śmierci na wieki”.

Rzekli do Niego Żydzi: „Teraz wiemy, że jesteś opętany. Abraham umarł i prorocy, a Ty mówisz: «Jeśli kto zachowa moją naukę, ten śmierci nie zazna na wiek». Czy Ty jesteś większy od ojca naszego Abrahama, który przecież umarł? I prorocy pomarli. Kim Ty siebie czynisz?”

Odpowiedział Jezus: „Jeżeli Ja sam siebie otaczam chwałą, chwała moja jest niczym. Ale jest Ojciec mój, który Mnie chwałą otacza, o którym wy mówicie: «Jest naszym Bogiem», ale wy Go nie znacie. Ja Go jednak znam. Gdybym powiedział, że Go nie znam, byłbym podobnie jak wy kłamcą. Ale Ja Go znam i słowo Jego zachowuję. Abraham, ojciec wasz, rozradował się z tego, że ujrzał mój dzień, ujrzał go i ucieszył się”. Na to rzekli do Niego Żydzi: „Pięćdziesięciu lat jeszcze nie masz, a Abrahama widziałeś?”

Rzekł do nich Jezus: „Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam: Zanim Abraham stał się, Ja jestem”.

Porwali więc kamienie, aby je rzucić na Niego. Jezus jednak ukrył się i wyszedł ze świątyni.


Zdarzają się w naszym życiu sytuacje, które się nam nigdy nie śniły. Nie mieliśmy o nich pojęcia albo nawet nie wyobrażaliśmy sobie, że mogą się one wydarzyć. Gdy się z nimi stykamy, wówczas czujemy się niekomfortowo, jesteśmy zakłopotani, czasem reagujemy nerwowo. 

Pamiętam, że kiedy wyjechałem jako misjonarz do Gruzji, zacząłem się tam stykać się z różnymi tradycjami zarówno kościelnymi, jak i społecznymi. Często nie rozumiejąc ich, reagowałem albo zaprzeczeniem i nerwowością, albo wyśmianiem. Z tych wszystkich sytuacji dwie utkwiły mi najbardziej w pamięci. Pierwsza miała miejsce, gdy wyszliśmy na cmentarz we wspomnienie wszystkich wiernych zmarłych i tuż po modlitwie zaczęło się biesiadowanie w altance, przy czyimś grobie. Polegało ono na jedzeniu i wznoszeniu toastów, natomiast we mnie wzbudziło bardzo skrajne odczucia. nigdy nic takiego nie widziałem. Zareagowałem więc nerwowo, za co potem musiałem się wstydzić.

Kolejną sytuacją, która wzbudziła we mnie już nie nerwy, ale śmiech, była gruzińska tradycja noworoczna. Wtedy wszyscy obdarowują się słodyczami i życzą sobie, żeby się tak słodko zestarzeć, jak słodki jest ten cukierek. Kiedy pierwszy raz tego dnia przy wejściu do kościoła dostałem takie życzenia, pomyślałem że, miło dzień się zaczyna, ale kiedy zobaczyłem, że podobną porcję cukierków otrzymał Pan Jezus leżący cicho i spokojnie w żłóbku, to już mojej radości i głośnego śmiechu nie było końca.

Niestety w dzisiejszym fragmencie Ewangelii adwersarzom Jezusa nie było jednak do śmiechu. Na Jego nauki o życiu wiecznym, o jedności z Ojcem, o Jego wiecznym pochodzeniu, odpowiedzieli obelgami, oskarżeniami i usiłowaniem ukamienowania. Dlaczego słowa Pana Jezusa, który głosił z mocą i w prawdzie, spotykają się z takimi reakcjami? Dlaczego Pan Jezus musi się ukrywać i chyłkiem uciekać ze świątyni, by móc wypełnić do końca swoje posłannictwo? Jest to dla nas bardzo trudne do zrozumienia, szczególnie dla nas przyzwyczajonych do wiary, obyczajów i tego, że zawsze tak było. Ale jak to? Nie słuchać Pana Jezusa to grzech. 

Problem jest tu jednak inny. Został on również obnażony w obecnym czasie przez szalejącą wokół nas epidemię. Problem leży w naszych sercach. Na ile są one otwarte na prawdę i nowość, a na ile skostniałe i niezdolne do przeniknięcia do nich choćby najmniejszego nawet promienia? Jeśli na każdą zmianę, nawet dobrze omówioną i wyjaśnioną reagujemy lękiem i odrzuceniem, jeśli też często dorzucamy stwierdzenie, że przecież zawsze tak było, to wtedy musimy się zapytać samych siebie dlaczego pozwoliliśmy, by nasze serca przestały czuć żywą tkanką, a stały się robotami, nawet dobrze wykonującymi swoje funkcje. Gdzie zagubiliśmy świeżość wiary i relacji z Jezusem, która nie jest i nie ma być formalnym spotkaniem i wypełnieniem ściśle określonych prawił i schematów, ale żywą relacją, przepełnioną miłością, zdolną do słuchania i posłuszeństwa wiary? 

Zapytam siebie dzisiaj i pomyślę w jakiej kondycji jest moje serce? Czy jest otwarte na słuchanie i żywą, choć często trudną dla mnie relacją z Bogiem? Czy wyczuwam już może sprzeciwy, nerwy, wyśmiewanie z mojej strony, bo łamią się we mnie schematy i przyzwyczajenia, które sobie przez lata wytworzyłem? Pomodlę się, by Bóg dał mi dzisiaj i na następne dni serce słuchające i żywe.

A na ten trud niech Cię błogosławi Bóg Wszechmogący: Ojciec i Syn i Duch Święty +

Ks. Dariusz Komadowski

Podobne wpisy: