Do tych, którzy myślą, że są beznadziejni i nic już z nich nie będzie (1Kor 15,1-8)

Przypominam, bracia, Ewangelię, którą wam głosiłem, którąście przyjęli i w której też trwacie. Przez nią również będziecie zbawieni, jeżeli ją zachowacie tak, jak wam rozkazałem. Chyba żebyście uwierzyli na próżno.
przekazałem wam na początku to, co przejąłem; że Chrystus umarł za nasze grzechy, zgodnie z Pismem, że został pogrzebany, że zmartwychwstał trzeciego dnia, zgodnie z Pismem: i że ukazał się Kefasowi, a potem Dwunastu, później zjawił się więcej niż pięciuset braciom równocześnie; większość z nich żyje dotąd, niektórzy zaś pomarli. Potem ukazał się Jakubowi, później wszystkim Apostołom. W końcu, już po wszystkich, ukazał się także i mnie jako poronionemu płodowi. (1Kor 15,1-8)

Zawsze poruszały mnie słowa, które kończą to czytanie: „W końcu, już po wszystkich, ukazał się także i mnie jako poronionemu płodowi”. 

Dlaczego św. Paweł nazywa siebie w ten sposób? Czy jego ocena nie jest zbyt surowa?

Apostoł Narodów na określenie „poronionego płodu” używa słowa ἐκτρώματι (ektromati) i jest to jedyne miejsce w NT, gdzie jest ono zastosowane. Taką sytuację w Biblii, gdy dane słowo pojawia się tylko jeden raz, nazywamy hapaks legomenon.

Choć jest to zadanie niezwykle trudne, postarajmy się zastanowić, co miał na myśli św. Paweł, używając tego konkretnego słowa. Wydaje się, że mówiąc o poronionym płodzie, Apostoł ma na myśli nie tyle przedwczesne narodziny, ale sytuację znacznie bardziej bolesną dla matki, a mianowicie to, że dziecko umarło już w jej w łonie. Są to bardzo mocne i wstrząsające słowa, obok których ciężko jest przejść obojętnie.

Ale zanim Paweł nazwie siebie w ten właśnie sposób, wcześniej starannie wylicza tych, którym Jezus ukazał się po swoim zmartwychwstaniu. Siebie umieszcza na końcu, ponieważ jako jedyny z wyżej wymienionych prześladował Kościół, czyli tak naprawdę Jezusa. Z jednej strony pokazuje to, że miał on świadomość tego, jaki był kiedyś, ale z drugiej pamiętajmy, że pisząc 1Kor, Paweł jest już doświadczonym ewangelizatorem, który wiele osób pociągnął do Jezusa. Taka postawa świadczy o wielkiej pokorze Pawła. I ona mnie ciągle zawstydza. Przecież on robił naprawdę dużo dla imienia Jezusa. Gdybyśmy pokusili się o zrobienie statystyk ukazujących efekty działań ewangelizacyjnych poszczególnych uczniów, to Paweł bije wszystkich na głowę. To właśnie on, a nie chociażby Piotr, Jan czy Jakub, ciągle zdobywał nowe tereny dla Zmartwychwstałego. Oczywiście musimy także pamiętać, że wiele przy tym wycierpiał i nieraz otarł się o śmierć. I mimo tego jest tak surowy dla siebie.

Dlaczego tak postępuje? Wydaje mi się, że – przynajmniej – częścią odpowiedzi na to pytanie będzie prawda, której Kościół uczy od samego początku – im bliżej jesteśmy Boga, tym mniej chcemy być widoczni. Owszem, pragniemy działać dla Niego i szukamy nowych sposobów, aby dać Go ludziom, ale przy tym nie chcemy być chwaleni i stawiani na świeczniku. Zaczynamy szukać cienia.

Czuję wagę słów, które piszę, ponieważ wiem, że czyta mnie sporo ludzi. Wiem, co mi grozi. Wiem, że chęć stania się „gwiazdą” może zasłonić to, co najważniejsze, a raczej Tego, który jest najważniejszy. Jak to już pisałem i mówiłem wielokrotnie, św. Paweł jest dla mnie niedoścignionym wzorem. Im dłużej pochylam się nad jego pismami i jego życiem, tym bardziej go podziwiam i czuję się przy nim malutki. Ale, jak to powiedział św. Jan Paweł II: „święci nie są po to, żeby nas zawstydzać, ale po to żebyśmy ich naśladowali”.

Paweł wiedział jak wiele zawdzięcza Bogu. Zdawał sobie sprawę z tego, że pod Damaszkiem to On wyszedł z inicjatywą, pomimo że Szaweł bardzo błądził. Dopiero po spotkaniu z Jezusem umiał dobrze ocenić swoje dotychczasowe życie i dlatego napisał te, jakże mocne, słowa.

Kocham św. Pawła właśnie za to, że w swoich pismach nie ukrywa tego, jaki był kiedyś i ciągle podkreśla, że zmienił się dzięki łasce Bożej. Pokazuje swoją przeszłość, aby tym mocniej dotarło do jego słuchaczy albo czytelników jak wiele może zmienić w życiu spotykanie się z Bogiem na co dzień.

Ile jest we mnie martwoty, wie tylko Bóg, bo ja jestem ślepy i wielu spraw nie umiem dostrzec. Ale chcę być blisko Niego, żeby otwierał mi oczy.

Na pewno Ty także masz w swoim życiu takie miejsca, które są martwe. Pamiętaj, że trwamy w czasie zmartwychwstania i nie chodzi mi tylko o tych kilka tygodni wielkanocnych. Czas zmartwychwstania trwa od tamtego pamiętnego poranka, gdy On wyszedł z grobu. Skoro tak, to śmierć została pokonana raz na zawsze, a Jezus potrafi wskrzesić do życia co tylko zechce, bo On jest Panem życia i śmierci. On jest samym życiem!

Konkret na dzisiaj: nazwij martwą przestrzeń w swoim życiu po imieniu i módl się intensywnie, aby Jezus przyszedł tam i ożywił ją.

Niech Cię błogosławi Bóg Wszechmogący: Ojciec i Syn i Duch Święty +

 

 

Podobne wpisy:

  • Genowefa

    „Był surowy dla siebie” ale szczery aż do bólu i dlatego przekonywujący.
    Szczera ocena swojego życia możliwa jest tylko w świetle Jezusa.
    A Paweł został oślepiony bombą światła, wielką jednorazową dawką. Otrzymał niewyobrażalnie dużo.
    Zobaczył w swoim życiu wszystko co mógł przekazać aby innych przekonać do Jezusa.
    Mówił pewnie „zgodnie z Pismem” bo był wykształcony.
    Teraz już kojarzy zapowiedzi dot. Jezusa wie że to jest prawda, Jest pewien tego co tłumaczy.
    Słuchajcie, róbcie tak „jak wam rozkazuję”. A będziecie zbawieni.
    Bardzo energiczny Święty.