Wróg czy przyjaciel? (Łk 14,12-14)

 

Jezus powiedział do pewnego przywódcy faryzeuszów, który Go zaprosił: «Gdy wydajesz obiad albo wieczerzę, nie zapraszaj swoich przyjaciół ani braci, ani krewnych, ani zamożnych sąsiadów, aby cię i oni nawzajem nie zaprosili, i miałbyś odpłatę. Lecz kiedy urządzasz przyjęcie, zaproś ubogich, ułomnych, chromych i niewidomych. A będziesz szczęśliwy, ponieważ nie mają czym tobie się odwdzięczyć; odpłatę bowiem otrzymasz przy zmartwychwstaniu sprawiedliwych». (Łk 14,12-14)

Jakiś czas temu pisałem, że Jezusowi brakowało wyczucia sytuacji, że trochę Go poniosło przy w sumie drobnym nieporozumieniu. Dzisiaj mamy powtórkę: przywódca faryzeuszy zaprasza na ucztę, a Chrystus będąc na niej strofuje swojego gospodarza.

Na sam początek może dziwić, że Jezus przyjął zaproszenie od faryzeusza i to w dodatku przywódcy. Ba, w ogóle chce utrzymywać jakikolwiek związek z jakimkolwiek faryzeuszem! Przecież na kartach Ewangelii żadna inna grupa religijna nie zwracała Jezusowi uwagi tyle razy, ani tyle razy nie wchodziła w dyskusje i spory.

Ale jeżeli przyjrzymy się mozaice religijno-społecznej Palestyny z czasów Chrystusa, to okaże się, że właśnie z faryzeuszami Jezus ma najwięcej wspólnego. Wystarczy wspomnieć na początek kwestię zmartwychwstania – saduceusze odrzucali je i próbowali Chrystusowi wykazać bezsensowność wiary w tę prawdę teologiczną.

Dwa tygodnie temu słyszeliśmy pytanie zadane Jezusowi, czy należy płacić Rzymianom podatek (Mt 22,15-21). Myślę, że to pytanie miało za zadanie ustawić Nauczyciela w opozycji do tzw. sykaryjczyków. Była to grupa Żydów, która była przekonana, że wyzwolenie spod okupacji Rzymian powinno się odbyć na drodze powstania. Możliwe, że do ich grona należał Judasz Iskariota, na co może wskazywać jego przydomek. A jeżeli nie można wzniecić ogólnego konfliktu, to powinno się próbować przynajmniej mordować znaczące osobistości prezentujące władzę rzymską oraz mniej znaczące osoby, które kolaborowały z najeźdźcą.

Faryzeusze starali się ponadto podejmować misję nauczania zwykłych ludzi. Wskazuje na to chociażby wczorajsza Ewangelia, gdy Jezus mówi, że faryzeusze składają na barki ludzi ciężary. Uważam, że ten zwrot nie dotyczy tylko abstrakcyjnego wymyślania zakazów i nakazów, ale wyraża wymagania przekazywane ludziom, którzy niemieli wykształcenia religijnego, w ramach ich prób ugruntowania znajomości pism Starego Przymierza i prób wprowadzania go w życie.

Jak pokazuje przykład św. Pawła przesłuchiwanego przez Sanhedryn (Dz 23,1-10), chrześcijaństwo miało z faryzeizmem więcej wspólnego, niż może się zdawać na pierwszy rzut oka. A jeżeli jeszcze dodatkowo przypomnimy sobie scenę, w której faryzeusze ostrzegają Chrystusa przed Herodem, który pragnie Go schwytać (Łk 13,31-33), nagle zaczynamy patrzeć na tę grupę w troszkę odmienny sposób.

Skąd to wszystko się wzięło? Myślę, że ewangelista Łukasz miał osobisty dług wdzięczności, który chciał wyrazić przekazując trochę cieplejszy wizerunek faryzeuszy niż ten prezentowany przez Mateusza lub Marka. Przecież Łukasz nie spotkał nigdy osobiście ziemskiego Chrystusa, tym, który mu Go przedstawił jest faryzeusz. I to starający się o to, by być najbardziej faryzejskim spośród wszystkich faryzeuszy – św. Paweł (zob. Flp 3,5; Ga 1,13-14).

Biorąc to wszystko pod uwagę, wyłania się nam jeszcze jeden motyw przesłania dotyczącego tego, kogo należy zapraszać na ucztę. Owszem, mam starać się o pozyskiwanie darów w niebie, ale nawet filantropia może doprowadzić mnie do interesowności: zaproszę ułomne osoby, żeby mieć nagrodę od Boga.

Chrystus pokazuje, że mam zaprosić na ucztę także swoich „wrogów”. Może okaże się, że nie są tak naprawdę wrogami, ale przewodnikami, albo przynajmniej drogowskazami prowadzącymi do nieba.

Konkret na dziś: Popatrzę na osoby, które uprzykrzają mi dzień jako na wysłanników Chrystusa.

Błogosławieństwo od ks. Krystiana: niech cię błogosławi Bóg Wszechmogący, Ojciec i Syn i Duch Święty.

Podobne wpisy:

  • Genowefa

    Pomyślałam o spotkaniu, przyjęciu bez poczęstunku. „Choć się nie uraczymy ale się zobaczymy”.

    Nacieszymy się sobą, pogadamy o swoim życiu. Zobaczymy, że nasze problemy są podobne,
    chociaż różnej wielkości i dzieją się w innych okolicznościach czy czasie. Rozmowa jest jak przytulanie się w radości
    i w smutku, choć nie nazywamy tych uczuć. Normalnie Nikt nie jest gorszy ani lepszy, słabszy ani silniejszy.

    Każda po swojemu daje sobie radę w życiu, ale mówiąc szczerze o swoich przeżyciach może dać wskazówkę drugiej osobie. Obydwie jesteśmy wzmocnione, bo wzbogacone sobą. Taki rodzaj „odpłaty”.
    Znajoma odchodzi z lżejszym sercem bo mogła zobaczyć w innym świetle swoje zmartwienie.
    Już w czasie rozmowy przestało jej ciążyć a na końcu sama stwierdza, że go nie ma.
    Czasami aby pokonać przeszkodę trzeba do niej podejść z innej strony.