Zapraszam Cię do mojego świata (trochę)… (Łk 11,42-46)

Jezus powiedział do faryzeuszów i uczonych w Prawie:

„Biada wam, faryzeuszom, bo dajecie dziesięcinę z mięty i ruty, i z wszelkiego rodzaju jarzyny, a pomijacie sprawiedliwość i miłość Bożą. Tymczasem to należało czynić i tamtego nie opuszczać.

Biada wam, faryzeuszom, bo lubicie pierwsze miejsce w synagogach i pozdrowienia na rynku.

Biada wam, bo jesteście jak groby niewidoczne, po których ludzie bezwiednie przechodzą”.

Wtedy odezwał się do Niego jeden z uczonych w Prawie: „Nauczycielu, tymi słowami nam też ubliżasz”.

On odparł: „I wam, uczonym w Prawie, biada. Bo wkładacie na ludzi ciężary nie do uniesienia, a sami jednym palcem ciężarów tych nie dotykacie”. (Łk 11,42-46)

Myślę, że doskonale wiesz, jak to jest, gdy ciężko zebrać się i zrobić coś sensownego. I nie dlatego, że się nie chce, bo chęci są, ale dlatego, że nie znajdujesz w sobie argumentów, żeby zabrać się do pracy. Ja tak mam dzisiaj (tj. 11.10., bo komentarze zawsze piszę dzień wcześniej). Samo wstanie z łóżka uważam za sukces. Do tego dochodzą jeszcze problemy zdrowotne, czyli zanik mięśni w szyi i powiązane z tym wielogodzinne, ciężkie migreny, na dodatek chora nerka, która nie daje o sobie zapomnieć. Taki „pakiet” skutecznie krzyżuje wszelkie plany i zabija kreatywność. Ale wstałem. Ogarnąłem się nieco. I poszedłem do mojej prowizorycznej „kaplicy”, czyli pokoju w którym jest krzyż, stół, klęcznik, fotel, Biblia, różaniec i kilka ważnych dla mnie małych dewocjonaliów. Spędziłem pół godziny na porannej medytacji z tą Ewangelią. Po śniadaniu przeczytałem najlepsze komentarze, jakie mam w domu na temat tego fragmentu… i nic. Jakby tego w ogóle nie było. Czuję się, jak gdyby ktoś wcisnął mi w głowie przycisk „delete”, a potem przestawił mnie w tryb uśpienia. I jak tu taką „niemoc” pogodzić ze słowem, które daje nam Bóg? Nie wiem… Chodziło mi po głowie, żeby nic nie pisać i poddać się, ale skoro obiecałem Wam, że będę dzielił się słowem, to spróbuję. Zamieszczam ten akapit z pełną premedytacją i świadomością tego, że ten  nijak się ma do dalszych rozważań, ale…może wyniknie coś dobrego także z tej części mojego wpisu…

Skupmy się już na Ewangelii.

Od wczoraj Jezus siedzi na uczcie, na którą zaprosił go faryzeusz. W jej trakcie wywiązuje się ciekawy dialog między Rabbim a gospodarzem, innymi faryzeuszami i uczonymi w Prawie. Rozmawiają o tym, jak podchodzić do przepisów rytualnych, które nakładała na Żydów religia. Zaczyna się od sprawy obmywania kubków i misek. Jezus zwraca uwagę, że skrupulatne spełnianie przepisów nie ma najmniejszego sensu, gdy wnętrze człowieka jest chore. Dzisiejsze potrójne „biada” skierowane do faryzeuszów ma jeszcze mocniejszy wydźwięk. Zwłaszcza ostatnie musiało wprawić w zdumienie – jakby nie patrzeć – duchową elitę ówczesnego społeczeństwa. Porównanie ich do pobielanych grobów musiało zabrzmieć w ich uszach jak wielka obelga. Żydzi uważali, że nie wolno mieć żadnego kontaktu ze zmarłym (oczywiście nie mówię o grabarzach). W doprecyzowaniu owego prawa doszli nawet do tego, że zetknięcie się cienia z grobem (sic!) skutkowało zaciągnięciem nieczystości rytualnej trwającej aż siedem dni. Między innymi z tego powodu, przeważnie na wiosnę, malowano groby wapnem, aby były widoczne z daleka. Gdy Izraelita widział nagrobek, mijał go szerokim łukiem, żeby nie złamać Prawa. Innym zwyczajem mającym na celu wizualne wyróżnienie grobu było układanie nad miejscem pochówku ciała sterty kamieni.

Co zatem znaczą słowa, które kieruje Jezus do faryzeuszów? Moim zdaniem chce im pokazać, że w ich sercu tak naprawdę panuje śmierć i że ludzie powinni ich unikać jak grobów. Dawno zapomnieli o Bogu jako Osobie, z którą można nawiązać relację i „zamknęli” Go w 613 przykazaniach. Ale ludzie tego nie robili; co więcej, ufali im i naśladowali postępowanie, bo nie wiedzieli o tym. Czytając Ewangelie, możemy domniemywać, że do momentu przyjścia Jezusa duchowi przywódcy Izraela żyli w błogiej nieświadomości swojego marnego położenia. Myśleli, że wszystko jest w jak najlepszym porządku, bo mało kto odważył się otwarcie ich skrytykować. A nawet jeśli znalazł się taki śmiałek, to kimże on był, żeby podważać postępowanie faryzeuszów i innych przywódców? Sytuacja uległa radykalnej zmianie, gdy pojawił się Rabbi Jeszua, który jak wytrawny bokser punktował swoich adwersarzy. Jednocześnie mówił o Bogu tak bliskim, że można mówić do Niego „Abba”, tzn. „tatusiu”, a nawet „mój kochany tatusiu”. Właśnie ta bliskość miała być powodem wypełniania Prawa. A nie Prawo samo w sobie.

Ważne też jest, żebyśmy powiedzieli sobie jeszcze jedną rzecz. Mianowicie, twierdzenie, że Jezus potępiał w czambuł i piętnował wszystko, co robili faryzeusze, saduceusze i uczeni w Prawie, jest nieprawdą. Również „szarym” wyznawcom Judaizmu nieraz się zebrało. Według mnie zarówno jednym jak i drugim nie można odmówić dobrych chęci. Gdy prześledzi się burzliwą historię Narodu Wybranego, widać jak ważny dla Żydów był Bóg. To prawda, że błądzili, odchodzili od Niego, wybierali różnych bożków albo swoje zachcianki, ale kto z nas jest od nich lepszy?

Jezus przychodząc na świat, chciał pomóc wszystkim ludziom. I tym, którzy byli daleko od Boga, ale także tym, którzy – przynajmniej w teorii – powinni być blisko. Pamiętajmy, że Jezus znał ludzkie myśli i zawsze dobrze dobierał słowa i gesty, tak by trafiły do konkretnego człowieka. Gdy była taka potrzeba, był łagodny, delikatny i czuły, ale gdy widział, że na Jego drodze staje człowiek zatwardziały, to musiał podjąć próbę rozbicia jego skorupy, żeby dostać się do serca. Wszystko, co robił i nadal robi, BO ŻYJE, wypływa z miłości i troski o człowieka.

Nie obrażajmy się na Boga, gdy powie nam coś mocniejszego. Nie omijajmy konfesjonału tylko dlatego, że ksiądz podniósł na nas głos. Być może nie powinien, a być może byłeś w takiej sytuacji jak faryzeusze i potrzeba było usłyszeć „biada Ci”. Jezus nie oferuje nam bezstresowego wychowania, ale wychowanie w miłości, która wie, co i kiedy jest najbardziej odpowiednie. To, że czasem na nas krzyknie, nie oznacza, że tym samym nas przekreśla. A nieraz będzie musiał nami wstrząsnąć, żeby uratować nam życie. Podobnie jak lekarz, który używa defibrylatora, gdy widzi, że nic innego nie pomoże i pacjent zaraz umrze. On zawsze walczy o nasze życie wieczne. Na wszelkie możliwe sposoby będzie chciał, żebyśmy poznali Go i przylgnęli do Niego tak mocno, jak małe dziecko wtula się w mamę.

Konkret na dzisiaj: Zobacz, ile dobra w Twoim życiu przyniosły upomnienia.

Niech Cię błogosławi Bóg Wszechmogący: Ojciec, Syn i Duch Święty +

 

 

 

Photo, Flickr, Common Creative https://www.flickr.com/photos/34085053@N08/

Podobne wpisy:

  • Dziękuję za te dzisiejsze słowa, poznając nieco okoliczności w jakich tworzony jest ten „kawałek internetu” doceniam „SłowoDaje” jeszcze bardziej. Odnośnie słów p. Jezusa to zgadzam się z nimi bo nie ma co owijać w bawełnę i bawić się te modne ostatnio okrągłe słówka byle nikogo nie urazić. Prawdę trzeba mówić prosto w oczy. Zresztą jako ojciec też to stosuję wobec dzieci, mówię im jak coś robią źle bo odpuszczanie tego mogłoby doprowadzić do ich moralnego upadku w życiu dorosłym.

  • Genowefa

    Ja również gdy wydaje mi się, że dzisiaj „nic” to wracam do tego co wczoraj. Co Pan Jezus powiedział mi wcześniej przez swoje słowo, innych ludzi czy sakramenty? A Twoje cierpienie księże Krystianie to udział w życiu Jezusa; też jest łaską.